szukaj w portalu Rynek i Sztuka MENU:
Aukcja Sztuki Dawnej i Współczesnej – FaceToFaceArt

Historia chemika, który miał za dużo pieniędzy…

18.02.2013

Kolekcje, Polskie

Wieczorem 5 listopada 1987 roku spełniony naukowiec, kolekcjoner, dobroczyńca ojczyzny kładzie spokojnie głowę na poduszce i pogrąża się w cudownym śnie. Zbigniew Karol Porczyński widzi siebie, zapisującego swoje nazwisko złotymi zgłoskami w wielkiej księdze historii Polski, biednego kraju, który przecież dopiero dzięki niemu poznaje, czym jest sztuka i jej wspaniały europejski wymiar.

Od jutra już będzie mógł napawać uszy i oczy widokiem zachwyconych tłumów odwiedzających muzeum i wdzięcznych, iż to Polska i Warszawa stały się siedzibą jego kolekcji pełnej znakomitych nazwisk światowego malarstwa. Zbigniew Karol spokojnie zamyka oczy, wierząc głęboko, że skoro sam papież Jan Paweł II objął honorowy patronat nad zbiorem Porczyńskich, rodzina sama staje się nietykalną świętością, zyskując zarazem wstęp do umysłów i portfeli polskich braci. Nazajutrz uszczęśliwiony owymi wizjami zbieracz budzi się, ale już w zupełnie innej rzeczywistości, która surowo go rozliczy.

O życiu Zbigniewa Karola Porczyńskiego i jego żony Janiny wiadomo bardzo mało. To wielka szkoda, bo znajomość doświadczeń życiowych, poglądów i cech osobowości pozwoliłoby stworzyć nieco precyzyjniejszy portret człowieka, który uwielbiał sztukę, w ogóle się na niej nie znając. On urodził się w 1919 roku w Warszawie, absolwent szkoły Salezjanów przy ulicy Litewskiej, podporucznik Kampanii Wrześniowej w 1939 roku, więzień obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu, student Politechniki w Anglii, doktorant chemii w Leeds. Ona była mieszkanką okolic Lwowa, córką wojskowego, po wojnie mieszkanka Anglii i studentka socjologii w Leeds. W 1949 roku Janinę Karpównę i Zbigniewa Karola Porczyńskiego połączył święty związek małżeński. Można zadać ironiczne pytanie, czy ktokolwiek widział ową ceremonię zaślubin? Młody student chemii miał do końca swych dni nie wspominać rodziny, kolegów z czasów szkolnych, przyjaciół z okresu studenckiego. Był bytem zawieszonym w przestrzeni, którego nikt nie znał i nikt nie zapamiętał. Ona poświęcała się bliżej nieokreślonym zadaniom, powierzonym kobiecie przez społeczeństwo. On spełniał się jako naukowiec i wynalazca w dziedzinie chemii włókienniczej. Trzeba przyznać, że z wielkim powodzeniem! Ogromnych pieniędzy Porczyński dorobił się pisząc książki naukowe, zyskując osiem patentów na nowoczesne technologie przemysłowe. Ukoronowaniem tych osiągnięć nie miał być tylko tytuł doktora, a nawet tytuł Doktora Honorowego Warszawskiej Politechniki. Zwieńczeniem bajkowej sielanki państwa Porczyńskich miała być kolekcja obrazów… Inżynier podczas delegacji do Indonezji, przeglądając Biblię miał stwierdzić, że byłaby ona o wiele ciekawsza i zrozumiała, gdy była urozmaicona obrazami. Tak miał narodzić się pomysł stworzenia kolekcji obrazów religijnych. Porczyński zaczął zbierać obrazy dopiero jednak w 1981 roku. Jednakże piękny dom w południowej Anglii z ogromnym ogrodem, basenem i kortem tenisowym, dom na Costa Brava, luksusowy rolls-royce, mercedesy zostały z czasem wyprzedane przez małżeństwo, aby pozyskać dzięki temu kolejne fundusze na zakupy. Co było jednak tak przerażające i dramatyczne w tym działaniu? Porczyński był starszym człowiekiem o umyśle naukowca, nie mającego ani rodzinnych tradycji kolekcjonerskich ani własnych predyspozycji do tworzenia znaczącego zbioru malarstwa. Należy przyznać otwarcie, że na sztuce się nie znał kompletnie! Nie miał elementarnej wiedzy historyka sztuki czy konesera. Brak mu było znajomości podstawowych terminów. Profesor Maria Rzepińska będzie w przyszłości Porczyńskiemu owe braki wypominała mówiąc:

Pan Porczyński (…) stara się teraz zaznajomić z malarstwem, czyta literaturę itd. Nie zna jednak niektórych podstawowych terminów z historii sztuki. Nie wie, że Quattrocento oznacza wiek piętnasty, a nie czternasty”.

Toteż bez znawstwa i dozy samokrytyki Charles Carroll Porczyński, jak nazywano go w Anglii, namiętnie zaczął zbierać. W ciągu pierwszego roku kupił ponad 200 obrazów dawnego malarstwa! Kolekcja powstała w  rekordowo krótkim czasie, bo w ciągu 6-7 lat. W 1987 roku zbiory liczyły ponad 450 obrazów malarstwa europejskiego, przypisywanych pędzlom m.in. Picassa, Vincenta van Gogh’a, Rubensa, Rembrandta, Caravaggia, Nicolas Poussina, Tycjana, Albrechta Durera, Poaola Veronese i innym Mistrzom. Jakże ogromnym szczęściem los obdarzył tego przyszłego filantropa, któremu za śmiesznie małe kwoty przy skromnym udziale ekspertów z domów aukcyjnych Christie’s i Sotheby’s udało się zgromadzić kanon Największych. Firmy Christie’s i Sotheby’s gwarantowały autentyczność sprzedawanego towaru. Jednak wiele naprawdę cennych dzieł kolekcjoner odsprzedał przez pomyłkę, ponieważ och pierwotna atrybucja wedle opini ekspertów z domów aukcyjnych była nieprawidłowa. Za jedyne 20 tysięcy dolarów małżeństwo odsprzedało oryginalne dzieła Porwanie Europy Paolo Veronese, Antonia Canall i Guido Reniego.

Pierre Cabone w Wielkich kolekcjonerach już dawno opisał ten typ zbieracza, który ostatecznie swoje zbiory użyje jako atrybutu władzy. Szczególnie, gdy będzie żył w przekonaniu, że owe przedmioty, które zgromadził to bezcenne skarby. Bezcenne skarby, nie zasługujące na krytykę, na odmienne poglądy, więc sam kolekcjoner ma prawo urastać do roli dyktatora, osoby nieomylnej i cenzurującej głosy sprzeciwu. Takim typem kolekcjonerem miał już po 1987 roku stać się Zbigniew Karol Porczyński.

Po zgromadzeniu w Anglii dzieł malarstwa dawnego rodzina Porczyńskich zdecydowała o pokazaniu zbiorów szerszej publiczności. W czerwcu 1986 roku najlepszą cześć swojej kolekcji wystawiła w galerii Pfaffikone w Szwajcarii. Wydarzeniu towarzyszył również kolorowy katalog, a wszystko to kosztem wyprzedanych ziemskich posiadłości w Anglii i biżuterii Janiny Porczyńskiej. Obrazy spotkały się niestety z miażdżącą krytyką ekspertów sztuki, którzy zgodnie przesądzili, iż większość zbiorów malarstwa to niegodne większej uwagi kopie. Nieszczęśliwie na powierzchnię zaczął wypływać brak przygotowania inżyniera do gromadzenia prywatnej kolekcji. Kupując dzieła, kierował się opisami katalogowymi i to stało się przyczyna klęski. W opisach widniały zapewne nazwiska mistrzów oraz określenia, takie jak „warsztat”, „kopia”, „według”. Opis „według Rembrandta” nie oznaczał wcale, że kupujemy obraz Rembrandta. Nabywamy płótno jego malarstwem inspirowane, a sporządzone przez autora znacznie mniejszej rangi. Surowe kryteria selekcji muzealnej w stanach Zjednoczonych czy Francji czyniły niemożliwym prezentowanie obrazów na Zachodzie. W jaki sposób owe precjoza trafiły do kraju nad Wisłą?

2 sierpnia 1986 roku ksiądz Stanisław Dziwisz odebrał list, w którym nikomu nieznany polski kolekcjoner pragnie ofiarować ojczyźnie zbiory o wartości 10-15 milionów dolarów, jednakże chce to uczynić przez Ojca Świętego, a na pewno przy udziale Kościoła Katolickiego w Polsce. Watykan przyjął propozycję z radością i już rok później w Warszawie oficjalnie podpisano umowę darowizny. Zbigniew Karol przywiózł całą kolekcje do Polski i cały jej majestat ofiarował państwu polskiemu, krajowi swojego dzieciństwa. Pragnął, bardzo szlachetnie, wzbogacić ojczyźniane zbiory muzealne i wprowadzić polską publiczność w nowy wymiar muzealnictwa. Bo jak żaliło się małżeństwo polskie muzea posiadają niewiele wartościowych dzieł dawnego malarstwa zachodnioeuropejskiego, a pośród nich więcej jest obrazów na prowincjonalnym poziomie. 5 listopada 1987 roku nastąpiło uroczyste otwarcie Kolekcji im. Jana Pawła II w Muzeum Archidiecezji Warszawskiej przez kardynała Józefa Glempa. Data ta miała być symboliczna. Dla wszystkich, a w szczególności dla prostego naukowca, który cały swój majątek wydał na obrazy, które miał przedstawiać piękny świat takim, jakim stworzył go Bóg dla człowieka.

Ten etap w historii polskiego muzealnictwa był istnym szaleństwem, zarówno pozytywnym, jak i nieco przerażającym. Wspaniałe było ponowne zainteresowanie kulturą i sztuką, które szlachetnie propagował Porczyński. Choć kolekcja była w większości zbiorem nieudolnych kopii, to jednak znalazły się w niej obiekty autentyczne. Ludzie na nowo uwierzyli w moc polskich filantropów, że Warszawa nie jest prowincją Europy, że epoka patriotów nie przeminęła. Po wystawieniu pierwszej części kolekcji prasa porównywała ofiarodawców do największych polskich mecenasów kultury, do Izabelli Czartoryskiej, do Stanisława Kostki Potockiego, do rodu Czartoryskich. Wartkim strumieniem płynęły pochwały i wywyższenia doktora chemii, którego okrzyknięto nowym królem Zygmuntem Augustem. Tak jak XVI-wieczny monarcha ofiarował kolekcję kilkuset arrasów, tak Zbigniew Porczyński wzbogacił zbiory polskie. Tytuły prasowe krzyczały:

„Królewski dar! Papieska pinakoteka w Warszawie! Brylantowa kolekcja! Mały Luwr na Solcu! Luwr w Warszawie!”. Wpisy w księgach pamiątkowych wystawy w Muzeum Archidiecezji Warszawskiej rzewnie opowiadały: ”Bóg zapłać Ofiarodawcom, dzięki którym znów poczułam się Europejką! Od czasu założenia Uniwersytetu Jagiellońskiego nie było większego ewenementu! Ta wystawa to dar Niebios!  Spraw Boże, by to małżeństwo dołączyło do grona świętych!

Nigdy wcześniej i nigdy później taka euforia i dziękczynienie nie miało stać się udziałem żadnego opiekuna kultury i sztuki w Polsce.

Bardzo istotną kwestia był również patronat całej kolekcji w osobie papieża Jana Pawła II. Była to swoista demonstracja polskości, oddanie w przesadny sposób czci wszelkiemu, co polskie było do 1987 roku. Gdy w 1992 roku dr Mieczysław Morka z Instytutu Sztuki Polskiej Akademii Nauk publicznie krytycznie ocenił obrazy z kolekcji, został posądzony nie tylko o zdradę stanu, ale również jego uczciwe działania zostały zinterpretowane, jako działania przeciwko samemu biskupowi Watykanu. Czy w patronacie Jana Pawła II Zbigniew Porczyński widział jedynie uhonorowanie jego pontyfikatu, czy może gwarancję nietykalności swojej niekompetencji? Skandal, jaki wybuchł po publikacji artykułu badacza PAN miał ciągnąć się kilkanaście lat i zbierać wielkie żniwo, obejmujące zarówno godność polskich historyków sztuki jak i reputację zasłużonego wszak inżyniera chemii włókienniczej. Porczyński popełnił znów kardynalny błąd. Zamiast, zgodnie z obietnicami podać do sądu Instytut i załatwić sprawę za zamkniętymi drzwiami sądów, rozpoczął niesmaczną kampanię medialną przeciwko wszystkim, którzy ośmielili się zakwestionować autentyczność jego zbiorów. Środowisko polskiej kultury podzieliło się na dwa obozy „przeciw” i „za” Porczyńskim W okopach pierwszej frakcji na stanowiskach stanęli oprócz dr Morki, również profesor Maria Rzepińska i Wojciech Fibak. Bezapelacyjne „za” wypowiedzieli między innymi profesor Mariusz Karpowicz i Jerzy Waldorff. Konflikt zaostrzył się w momencie, gdy kolekcja zmieniała siedzibę na dawny gmach Giełdy i Banku Polskiego przy warszawskim Placu Bankowym. Ekspozycję zgromadzono w  sześciu salach tematycznych: Biblia i Święci, Mitologia i Alegoria, Portret i Autoportret, Martwa Natura i Pejzaż, Matka i Dziecko, Impresjonizm. Przeprowadzka dla każdego zbioru malarstwa byłaby doskonałą okazją na przeprowadzenie badań i niezbędnych konserwacji. Porczyński nie udostępnił żadnego dzieła na potrzebne badania, powód był oczywisty…

W tej brutalnej dyskusji Polska trwała kilka lat. Zaangażowały się w nią wszystkie możliwe dzienniki, od brukowców po Tygodnik Powszechny, od pism popularno-naukowych po specjalistyczną prasę historyków sztuki. Kolekcja straciła swój prestiż i zachwycone spojrzenia odwiedzających, a dr Instytutu Sztuki PAN został bardzo nieprzyjemnie ochrzczony „Macierewiczem polskiej historii sztuki”.

Zbigniew Karol Porczyński zmarł w 1998 roku, jednak dopiero w 2003 roku Mieczysław Morka złożył oręż bitewny i zaprzestał walki o sprawiedliwość. Było jednakże o co walczyć, o pieniądze podatników, które inwestowane były w „nieistniejąca kolekcję” i działania charytatywne rodziny Porczyńskich. Dziś kolekcja Porczyńskich w świadomości mieszkańców stolicy funkcjonuje jako muzeum osobliwości. Z tego wieloletniego zamieszania dla państwa popłynęła nauka, aby powoływać odpowiedzialne komisje ekspertów decydujących, które przedmioty i dzieła godne są tego, aby stanowiły dar dla narodu. Morał dla kolekcjonerów brzmi, iż nie tylko pieniądze i ogromne fortuny kształtują kolekcję, ale rzetelna wiedza i wrodzona intuicja. A odwiedzający, którzy uwierzyli w Luwr nad Wisłą? Mogą co najwyżej do swoich zakurzonych klaserów włożyć zestaw sześciu znaczków pocztowych- kopii dzieł Reynoldsa, Rubensa czy Velazqueza, wydanych przez Pocztę Polską w 1990 roku, aby uświetnić otwarcie Muzeum Kolekcji im. Jana Pawła II…

Paulina Barysz

Portal RynekiSztuka.pl

portal_rynekisztuka_portal

 

szukaj wpisów które mogą Cię jeszcze zainteresować:

11 komentarzy do “Historia chemika, który miał za dużo pieniędzy…”

  1. Janina

    Zadziwia to, że nadal mogą być tak emocjonalnie zabarwione komentarze. Ta kolekcja to prawdziwy dar serca Zbigniewa i Janiny dla polskiego narodu – już od dawna, a na pewno od śmierci Zbigniewa to teraz nasze społeczeństwa ponosi odpowiedzialność za to co się stanie z tą kolekcją. Czy ją zmarnujemy czy w końcu rzetelni naukowcy stuki, bez uprzedzeń zajmą się tym i przedstawią rzetelnie co jest bardzo wartościowe a co mniej i inne sprawy jakimi nauka sztuki się zajmuje. Zbigniew był chemikiem, a nie profesorem sztuki, mówił z serca, a potem z serca starał się odeprzeć potworne ataki na kolekcję – mówiono, że ataki zaczęły się od tego, jak jakiś bank chciał ten budynek obrać na swoją siedzibę, a kolekcja weszła mu w drogę. Jak pamiętamy wtedy brakowało w Warszawie wolnej powierzchni. Potwierdza tą tezę również fakt, że ataki dotyczyły nie tylko samej kolekcji ale także życia prywatnego i spraw finansowych Zbigniewa. Trudno, już zmarł i to się skończyło. Wracając do teraźniejszości i przyszłości: podkreślam to od obdarowanych – od narodu – zależy co się stanie z kolekcją? Jeżeli jest nic nie warta to proszę odesłać do innych galerii na świecie – tam się ucieszą, bo Zbigniew miał nie małe problemy aby wywieźć te obrazy z Anglii. Władze brytyjskie za wszelką cenę chciały i zatrzymać te obrazy w Anglii. Również inne galerie w innych krajach, w których przechowywana była część kolekcji, zanim trafiła do Polski. Jeszcze dzisiaj można umieścić tą kolekcję w muzeum w Wielkiej Brytanii, bo oni dalej tego chcą. Obdarowany zawsze może zwrócić dar, jeżeli nie jest z tego daru zadowolony lub nie chce o niego dbać. Chociażby rodzinie Zbigniewa czy Janiny.
    Teraz odpowiedzialność za tą kolekcję spoczywa na naszym narodzie, a zaczyna się od naukowców w zakresie sztuki, którzy powinni stanowić autorytet i być profesjonalnym przewodnikiem dla laików. Bez emocji i uprzedzeń. Proszę jako laik i jako cząstka obdarowanego.

    1. Janina

      Teraz dopiero czytam całość tego tekstu Pani Pauliny. Szanowna Pani, do dnia dzisiejszego mam zdjęcie ze ślubu Zbigniewa i Janiny, zresztą chyba zamieszczone jest w ich książce. Zbigniew po wojnie ratował życie Janinie w szpitalu, bo powojnie była bardzo chora (przeszła Syberię i Afrykę zanim znalazła się w Anglii). Gdy wyzdrowiała, to był jak cud – Zbigniew mówił: „Po raz kolejny zdarzył się cud”. Wcześniej miał pewne doświadczenie w obozie w Oświęcimiu – już chciał iść na druty, kiedy w oknie pojawiła się Matka Boska i go zatrzymała.Wtedy przyrzekł, że po wojnie wybuduje kościół Matce Boskiej – i ta kolekcja, która początkowo miała dotyczyć tylko tematyki religijnej, była jakby spełnieniem tej obietnicy.
      Być może nie prowadzili bogatego życia towarzyskiego, bo bardzo dużo razem pracowali – były takie okresy, gdy Zbigniew w dzień przeprowadzał w laboratorium swoje eksperymenty, a Janina w nocy siedziała w laboratorium i je pilnowała. Była mu bardzo oddana. Wiem to z pierwszej ręki, bo często u nich bywałam jako małe dziecko, gdyż Zbigniew wziął mnie do Anglii kiedy miałam 10lat, finansował moje utrzymanie i szkoły, bo w Polsce w latach sześćdziesiątych żyliśmy w strasznej biedzie. Potem jeszcze zapraszali mnie na wakacje – uczył jak funkcjonują jego firmy, bo w Polsce wtedy jeszcze była komuna i nikt nie widział jak się prowadzi takie międzynarodowe firmy. Mówił, że w Polsce Polacy też powinni zakładać takie firmy. Chciał przekazać nam wszystko co najlepsze i to co umiał. Mówił po polsku, ale miał pojęcia z czasów z przed wojny, zupełnie tutaj przyjmowane inaczej, bo mieliśmy, tutaj już lata 80-te.
      Środowisko znawców sztuki i naukowców w tej dziedzinie strasznie się skłóciło na temat tej kolekcji, zostały zranione uczucia. Trzeba teraz o tym zapomnieć i podjąć pracę organiczną, abyśmy my jako społeczeństwo mogli być dumni z tej kolekcji. Proszę Panią.

  2. ted

    Jak „znawcy” sztuki uważają, że kolekcja jest marna i mało wartościowa to ja z chęcią moge się nią zaopiekować.

  3. borena

    Szkoda, że jest dość zaniedbana. Gdyby doinwestowano w tę galerię, tematycznie nieco poprawiono uporządkowanie kolekcji, a zabytkowy budynek o wiele lepiej zabezpieczono i i wprowadzono bilety jak w Muzeum Narodowym byłaby ciekawa rzecz dla turystów również. Z zagranicy przyjeżdżają i pierwsze co zwiedzają w Europie to zazwyczaj zabytkowa zabudowa miasta, opera, filharmonia, operetka, koncerty, galerie właśnie. A na koniec lokalne, tradycyjne jedzenie. Taka dygresja dot. atrakcyjności miasta.

  4. Dyskretny

    Gdybym był niedyskretny, zapytałbym, jakim cudem:

    – Z. Porczyński skończył politechnikę w Huttlersfield (to taka mieścina na obrzeżach Leeds), gdzie nie było w danym momencie żadnej wyższej uczelni
    – ratował kobiecie życie w szpitalu, w czasie pokoju, będąc studentem chemii
    – miał w kolekcji oryginały obrazów eksponowanych równocześnie w znanych galeriach, z Metropolitan Art w NY włącznie (pewnie oni mieli kopie, o tym nie wiedząc)
    – był wybitnym specjalistą w swojej dziedzinie i napisał tyle książek, a w necie są ślady tylko po jednej, a po jego licznych wynalazkach wcale (kto nie wierzy, niech wrzuci do Google „Porczyński invented”)
    – obrazy, które w katalogach domów aukcyjnych figurowały (i zostały sprzedane) jako kopie, stały się oryginałami.
    Zainteresowałbym się też, jakim sposobem Porczyńscy, jak twierdzą ich obrońcy, notarialnie dokonali darowizny Narodu Polskiego, który nie jest podmiotem prawa i umów zawierać nie może.
    A także jakim prawem już po tej darowiźnie przekazano obiekt na pl. Bankowym w użytkowanie (z możliwością wynajmowania) obywatelom brytyjskim zamieszkałym w Szwajcarii…

    Na szczęście wszyscy jesteśmy dyskretni.

  5. nimitz

    SKoro fachowcy skrytykowali tę kolekcję , to oznacza ,że tej krytyki była warta.Nie krytykował tego , nikt , kto sie nie zna , lecz osoby kompetentne..ja oczywiście się nie znam , lecz od początku sprawa wydała mi sie podejrzana…dlaczego…?? otóż nie mogę sobie wyobrazić aby 400 drogocennych , a właściwie bezcennych obrazów warte było ….15 milionów dolarów….myślę ,że za taka sumę możnaby kupić jeden , może kilka dzieł prawdziwych mistrzów holenderskich , albo bardziej współczesnych, ale nigdy aż…..400 obrazów….przepraszam z góry , jeśli moja wypowiedź jest śmieszna…..

  6. e'ryK

    Kolekcja Porczyńskich budzi ogromne emocje, od euforii do nienawiści.. aż, a są tu prawdziwe perełki bez wątpienia, oryginały i domniemane ALE I TAK genialne kopie, i mnie to wystarczy, by uznać ją i za wspaniałą, i za bezcenną.

  7. alek

    To bardzo smutne jak wygląda wdzięczność polskiego narodu (jego części)

  8. Kolekcjoner

    Prostego naukowca ? Nagonka jak widać wciąż trwa. Besztać lub kpić z kogoś kto oddał dorobek swojego życia to podłość. Kolekcjonerzy doskonale wiedzą, że nie popełnia pomyłek tylko ten kto nic nie robi. Najwięksi koneserzy na świecie mają nieświadomie w swoich kolekcjach falsyfikaty. Mam jeszcze jedno pytanie, jak można pisać, że kolekcja ta jest w większości zbiorem nieudolnych kopii ? Nietakt i brak wiedzy. Jako kolekcjoner chce również zaznaczyć, że również kopia potrafi kosztować majątek. Negatywnie oceniam jedynie autorów tej nagonki.

  9. Hans Kloss

    cyt „a dr Instytutu Sztuki PAN został bardzo nieprzyjemnie ochrzczony „Macierewiczem polskiej historii sztuki”

    Napisała to pani o kompletnie nie związanej z tematem pomnikowej postaci założyciela KOR powodowana jedynie własną głupotą i nieznajomością najnowszej historii Polski czy w pełni świadomie, chcąc dać upust swojemu skrajnemu zacietrzewieniu politycznemu i oszołomstwu (a co, też sobie użyję „waszego” ulubionego określenia z żelaznego kanonu dyżurnych obelg)?

  10. Przechodzień

    Nie uważam się za znawcę sztuki, ale byłem na otwarciu tej kolekcji jeszcze w Muzeum Archidiecezji. Zapamiętałem ogromną kolejkę, długie wyczekiwanie i to straszne rozczarowanie w środku. Czułem się w jak w przeładowanym sklepiku podrzędnego antykwariusza handlującego malarskim „mydłem i powidłem”. Trochę dłużej zatrzymałem się przy może pięciu obrazach. W sumie wrażenia bez porównania gorsze niż rutynowa w wizyta w galerii malarstwa Muzeum Narodowego. Może gdyby to przesiać i zostawić tak ze dwa tuziny najlepszych płócien (czyli niewielką salkę), dałoby się to bez bólu wytrzymać.

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Magazyn

Magazyn

Nowość - Magazyn portalu RynekiSztuka.pl

Pobierz Magazyn Pobierz Raport 2017
MENU: