szukaj w portalu Rynek i Sztuka MENU:
STALOWA

Czy aukcje młodej sztuki psują rynek?

15.07.2013

Dla kolekcjonerów, Kolekcjonowanie, Magazyn

Niemalże każda aukcja sztuki młodej kojarzy się przede wszystkim z kategorią „taniości”. Cena minimalna wynosi zazwyczaj 500 zł., a wartość osiągana w ramach licytacji nie przekracza najczęściej 1.200 zł. (oczywiście są wyjątki).  Pytanie jest zatem następujące – czy warto w takich aukcjach brać udział?

Zapewne dla młodego twórcy uczestniczenie w ogólnopolskiej aukcji sztuki jest początkowo postrzegane jako pewien prestiż. I czemu nie? Dom aukcyjny organizuje szeroką promocję, imię i nazwisko artysty widnieją w katalogu aukcyjnym i poprzez aukcję wchodzi on do obiegu rynkowego. Należy się jednak zastanowić czy dobrze jest nieustannie uczestniczyć w licytacjach tego typu, które – bądź, co bądź, psują rynek?

Zanim jednak o psuciu polskiego rynku.  Dobrze powiedzieć słowo o poziomie artystycznym organizowanych przez polskie domy aukcyjne licytacji, który jest po prostu niski. Przeglądając katalogi aukcyjne można odnieść wrażenie, że zwyczajowo nie jest przeprowadzona wstępna selekcja, która pozwoliłaby wyznaczyć pewien sensowny poziom wystawianych obiektów. Niemalże zawsze jest on nierówny, a bardzo często wręcz niski, bądź zaniżany przez obiekty nieciekawe, wtórne i nieestetyczne. Nie jest oczywiście tak, że nie zdarzają się realizacje interesujące – czasem jest ich naprawdę sporo – jednak giną gdzieś w morzu prac nieszczególnych. Proceder ten jest naprawdę zastanawiający, gdyż nie do końca wiadomo gdzie leży problem. Czy to artysta nie dostarcza swoich najlepszych realizacji? Czy to dom aukcyjny nie zajmuje się wyznaczaniem przyzwoitego poziomu? Pytanie to na chwilę obecną jest bez odpowiedzi, jednak warto – nawet na własną rękę – przyjrzeć się temu zagadnieniu nieco bliżej.

Wracając jednak do kwestii psucia rynku, który i tak nie jest wystarczająco dobrze rozwinięty. Można wyszczególnić trzy kategorie, które dzięki aukcjom młodej sztuki źle wpływają na funkcjonowanie rynku sztuki w Polsce. Chodzi o kwestie:

  1. Relacja: cena aukcyjna – cena galeryjna;
  2. Działanie rynkowe w kontekście realnej wartości dzieła;
  3. Relacja: dom aukcyjny – galeria sztuki;

Zaczniemy od pierwszego zagadnienia.

Z punktu widzenia rynkowego, a przez to także inwestycyjnego bardzo ważne dla artysty jest kontrolowanie cen rynkowych, które w pewnym sensie są gwarantem realnej wartości tworzonych przez niego dzieł. Poprzez uczestniczenie w aukcjach traci on możliwość pilnowania własnej polityki cenowej, która powinna być solidnie przemyślana i konsekwentna prowadzona.  W przypadku licytacji młodej sztuki wartości końcowe bardzo często nie zachwycają swoją wysokością, a przy nazwisku danego artysty zostaje przypięta łatka „artysty aukcyjnego”, co niestety przekłada się na „artystę taniego”.  Bo domy aukcyjne promując aukcje tego typu starają się skusić odbiorcę niskim progiem ceny wyjściowej. Taki profil promocji sprawia, że w potencjalnym kliencie rodzi się błędne przeświadczenie o tym, że sztuka młoda jest po prostu sztuką tanią.

Przekłada się to na realną wartość dzieł danego twórcy. Bardzo często wspomina się o trzymaniu ujednoliconych cen rynkowych, co jest bardzo ważne w kontekście rynkowym. Odbiorca nabywający pracę danego artysty zazwyczaj robi research na własną rękę, próbując określić rozsądny przedział cenowy. I w przypadku natrafienia na niskie rekordy aukcyjne, będzie oczekiwał tożsamych kwot w galerii lub też pracowni artysty, co – z punktu widzenia galerii nie jest możliwe. Rodzi się przez to pewien konflikt pomiędzy sprzedażą galeryjną, a aukcyjną.

Rozpoczynający współpracę z galerią młody twórca stosunkowo często wycenia swoje prace dość wysoko. Dodając marżę galerii wartość ta zostaje zazwyczaj podwojona, co sprawia, że ma się nijak do rekordów aukcyjnych. W głowie potencjalnego kupującego rodzi się więc pytanie dlaczego ceny za prace danego artysty są tak nierówne?  I które z nich mają wiarygodne przełożenie na wartość rynkową? Niestety taki kupujący będzie dążył do zbicia proponowanej przez galerię kwoty, gdyż ma dowody na to, że prace danego twórcy sprzedają się po prostu taniej. I nasuwa się pytanie – czy sprzedawać i cokolwiek zarabiać, czy też trzymać się sztywnych zasad i sukcesywnie razem z odpowiednimi galeriami budować swoją markę[1]? W gruncie rzeczy jest to pytanie trudne i wymagające od twórcy przemyślenia pomysłu na strategię budowania prestiżu własnej osoby. Dobrze jest mieć na uwadze to, że może zrodzić się błędno koło, z którego potem będzie trudno uciec.

Oczywiście istnieje grupa twórców, którzy na aukcjach tego typu radzą sobie całkiem nieźle – ich nazwiska są już dobrze rozpoznawalne, uzyskują wysokie rekordy i mogą się ze sprzedaży swych dzieł utrzymać. Jednak – mimo wszystko – kojarzeni są przede wszystkim z nurtem aukcyjnym – bardziej, niż z ekspozycyjnym czy stricte galeryjnym. I ten aspekt również należy wziąć pod uwagę.

Analizując rekordy końcowe aukcji młodej sztuki można stwierdzić, że zazwyczaj sprzedaje się ok. 90%  wystawionych obiektów za ceny – uśredniając – nieprzekraczające 1.200 zł (choć bywa to różnie). Oczywiście są i wyjątki, np. wspomniana powyżej nieliczna grupa artystów, których prace osiągają ceny zbliżone nawet do 6/7 tys. zł. Ale czy oczywiste jest to, jak przekłada się to na zysk artysty? Kwestia polityki pieniężnej zależy przede wszystkim od domu aukcyjnego. Jednak zazwyczaj – po odliczeniu kosztów pochłanianych przez organizatora aukcji – twórca dostaje ok. 50% wylicytowanej kwoty, od której musi jeszcze odprowadzić podatek. Czasem więc cała zabawa nie jest warta zachodu., gdyż kwota uzyskana nie jest w stanie pokryć nawet kosztów za materiały.

Tak na dobrą sprawę decyzja o uczestniczeniu w aukcjach młodej sztuki należy przede wszystkim do artysty. Jednak byłoby dobrze, gdyby była to sprawa przemyślana.

Kama Wróbel

Portal Rynek i Sztuka

szukaj wpisów które mogą Cię jeszcze zainteresować:

7 komentarzy do “Czy aukcje młodej sztuki psują rynek?”

  1. Eve Adrienne Sz

    Od czegoś trzeba zacząć. Nie sądzę, że każdy artysta, dziś nawet najbardziej uznany, od początku trafiał na aukcje, a jego prace sprzedawane były za cudowne, kilkuzerowe sumy. Młody artysta, który ma ambicję na wejście na galeryjne salony itd, musi jakoś się zaprezentować, powoli przeciskać się w tej puszce, w której każdy ma swoje miejsce od dawna. Myślę, że aukcja sztuki jest dobra na pokazanie siebie. Kolekcjoner nie kupi raczej czegoś co jeszcze nie rokuje na inwestycję za bóg wie jakie pieniądze. Ale jeśli coś będzie dobre, to zadziała efekt kuli śniegowej i może kolejne prace sprzedadzą się drożej. Hm… Też tak myślę, że dziwne to wszystko…bo jak jakiś czas temu obraz Agaty Kleczkowskiej, raczej nikomu nie znanej, świeżo upieczonej artystki, sprzedał się drożej niż prace jej profesora, to był straszny krzyk – jak można?! Ale cóż. Każdy płaci swoimi pieniędzmi tyle ile może i za co chce.

    Rynek to raczej jest komercyjny, wydaje mi się. I to on jest zepsuty przez ludzi, którzy robią coś za darmo, za „do portfolio i na facebook’a”, za 200zł czy na konkursy typu „konkurs na logo tego-i-tego”, gdzie logo, typografia, cały brand itditd. dla firm, chodzą za grube bańki, a oni chcą ludziom płacić1000zł, a jeszcze zastrzegają sobie, że konkurs nie musi zostać rozstrzygnięty 🙂 To jest psucie rynku ze strony ogłoszeniodawców i wykonawców również.

    W dzisiejszym świecie przepełnionym ARTYSTAMI, ze względu na takową modę, Ci, którzy są tego warci muszą się starać. Muszą więcej się nachodzić, muszą czasem opuścić nosa w dół. Nie wiem… Dajcie jednak możliwość komuś wchodzić na rynek, no chyba, że już wszyscy się boją puścić stołek 🙂 w sumie, to się nie dziwię, ale myślę, że jest nowa pula ludzi, z nowym spojrzeniem, które także warto zobaczyć 🙂

  2. Tomek

    „Obrazy” za 500 PLN – nieznanych (bez historii bez wystaw indywidualnych czy choćby grupowych)młodych początkujących na allegro i pod barbakanem są po 100 i chętnych brak

  3. Bartek

    Co to znaczy psują rynek ? Nie każdego stać na obraz za minimum 5000 zł. Czasy się zmieniają. Zapraszamy na premierową aukcję on-line systemem Vickreya już 13 XII 2013. Jej organizatorem jest Interdyscyplinarny Dział
    Obsługi Galerii / Pracowni Violi Tycz. Oferty
    składane bez rejestracji są utajnione, a osoba, która zaoferowała najwyższą
    kwotę – nabywa pracę po cenie,którą zaproponował drugi z oferentów. Kto chce, ten znajdzie.

  4. malachit

    Cała sprawa sztuki jest nadęta – od roszczeniowych postaw twórców , zachłanności galerzystów, do wywindowanych cen tzw. dzieł. Jeden robi meble, drugi domy, a trzeci maluje obrazy. Każdy wykonuje to do czego ma predyspozycje. Chcę powiedzieć, że mgr sztuki jest tak samo dobry jak mgr ekonomii czy socjologii. Jeśli jednak nie ma zainteresowania moimi produktami/usługami przekwalifikowuję się, poszerzam ofertę, a nie biadolę. Tylko niewielki procent dzieł trafia do kolekcjonerów, reszta zaś do bardziej lub mniej wyrafinowanego nabywcy końcowego. Z czasem odbiorca sztuki stanie się bardziej na nią wyczulony i przestanie ulegać manipulacjom domów aukcyjnych, galerzystów, pośredników czy windującym ceny swoich prac artystom.

  5. Hawkmoon

    Malachit, owszem sztuka jest nadęta trochę, zawód zawodem, myślę jednak,iż akurat artyści nie są bardziej roszczeniowa niż inne grupy zawodowe – są związki zawodowe, które co chwila protestują. Człowiek powinien robić to, w czym jest dobry…ale realia są różne. Sztuka trafia w potrzeby wyższego rzędu, a takie przyjemności z reguły kosztują także porównywanie mgr ekonomii i mgr sztuki jest przynajmniej niewłaściwe choćby przez wzgląd na koszty i czas włożony w rozwój w danej dziedzinie… (oczywiście nie umniejszam tutaj mgr ekonomii). Cena dzieła to śliska sprawa, trudno tu o obiektywizm – ale powinna pokrywać koszty czasu i materiałów zużytych, umożliwiać kupno materiałów na kolejny wytwór oraz prozaicznie starczyć na jako takie przynajmniej życie… nie wspominam tutaj o specyfice dzieł jaką jest ich unikalność albo o wycenie inwencji…

  6. psujący rynek zatem

    Czyli wdg autora tegoż wywodu, drogie=dobre, tanie=słabe.
    Fajna zero-jedynkowa wizja świata, niestety tzw. „polski rynek sztuki” związany jest raczej z ilością (sztuk) mercedesów na podjeździe a nie chęcią powieszenia sobie na ścianie czegoś fajnego.
    Dla mnie najfajniejszą sztuką jest ta, która powstaje na strychach i na uczelniach – kupowana „towar za towar – dzieło za dzieło”. To jest prawdziwa sztuka ludzi, którzy chcą coś przekazać przez swoje prace – ale do tego „prawdziwego” obiegu wstęp mają tylko uprzywilejowani i z pewnością nie są nimi damy z mercedesów. One kupują sztukę za (grube) pieniądze, a ta jest raczej „rzemieślniczym wytworem taśmowym” twórców dorobkiewiczów niż świadomym działaniem przekaźnikowym zaangażowanego Artysty.

    Pozdrawiam wszystkich ceniących sztukę biznesmenów i ich piękne żony 🙂

  7. Konrad

    Tworzy się pewna psychoza, nie zawsze są to zakupy przemyślane, prace są kupowane mechanicznie. Mam wrażenie, że nie jest prowadzona wstępna selekcja zapewniająca pewien poziom. Dość częstym motywem może być cena nie zawsze odzwierciedlająca wartość artystyczną obrazu.

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Magazyn

Magazyn

Nowość - Magazyn portalu RynekiSztuka.pl

Pobierz Magazyn Pobierz Raport 2016
MENU: