szukaj w portalu Rynek i Sztuka MENU:
Niepodległa Suwerenna – Fabryka Sztuk

O relacji artysta-kurator, malarstwie i hołdzie złożonej głupocie ludzkiej

23.04.2014

Wywiady

O relacji artysta-kurator, malarstwie i hołdzie złożonej głupocie ludzkiej
z Andrzejem Klimczakiem-Dobrzanieckim oraz Alicją Klimczak-Dobrzaniecką

rozmawia Paweł Jarodzki

Paweł Jarodzki: Przy okazji tej wystawy występujecie oboje w szczególnej, bo podwójnej, roli. Alicja jest córką, Andrzej jest ojcem. Alicja jest kuratorem, a Andrzej jest osobą wystawiającą. Alicjo, wychowałaś się w domu, gdzie sztuka i malarstwo od dzieciństwa były rzeczą normalną. Potem studiowałaś w Holandii i chodziłaś do różnych muzeów. Kiedy poznałaś swojego ojca jako malarza i od którego momentu potrafiłaś zobaczyć jego obrazy oraz twórczość w kontekście innych malarzy i ich twórczości?

Alicja Klimczak-Dobrzaniecka: Nie wiem, czy w ogóle jestem w stanie ją obiektywnie widzieć, bo z pewnością nie traktuję twórczości ojca tak jak działalności innych artystów. Wydaje mi się, że zaczęłam próbować patrzeć w ten sposób dość późno, bo chyba parę lat temu. Pamiętam, że jak jeszcze studiowałam we Wrocławiu historię sztuki, to można było chodzić na zajęcia o sztuce współczesnej, gdzie w programie była m.in. twórczość ojca. Oczywiście wiedziałam, że nie chcę w nich brać udziału… Wydawało mi się to abstrakcyjne, że ktoś będzie próbował naprowadzać mnie na to, jak ja powinnam postrzegać jego malarstwo. Szczerze mówiąc, dopiero teraz układam sobie w głowie pewne rzeczy.

Chciałbym podobne pytanie zadać Andrzejowi. Kiedy się zorientowałeś, że ta córka, która tam od małego chodziła po mieszkaniu, jest poważnym kuratorem, tzn. osobą, która może rzeczywiście być kuratorem Twojej wystawy?

Andrzej Klimczak-Dobrzaniecki: Nie wiem, bo trudno jest określić ten moment. To nie jest jeden punkt, od którego zaczyna się odmienne patrzenie na kogoś, z kim jest się emocjonalnie związanym, a kto nagle zaczyna występować w innej roli. Na co dzień żyliśmy, widziałem jak zmienia się u Ali rozumienie sztuki. Przedtem było to jakby bardziej „normalne” czy „popularne”, a później studia i podróże na pewno wpłynęły na zmianę. Człowiek odkrywa i dowiaduje się pewnych rzeczy i wtedy zaczyna się to bardziej profesjonalne działanie. Ale wskazać palcem ten moment jest chyba bardzo trudno. Nawet nie wiem, czy jest sens to robić. Właściwie to też nic nie zmienia w tej naszej relacji. Pewnie, że jest to wyjątkowa sytuacja (moja). Myślę, że Ali też, bo ja nagle staję w innej relacji do kuratora. Właśnie przez te prywatne, rodzinne, emocjonalne sprawy – to, że przez całe lata byliśmy z sobą i rozmawiali, też między innymi o sztuce.

Można sobie pomyśleć, w cudzysłowie oczywiście, że „tata kazał zrobić córce wystawę”. A relacja teraz jest inna. Kiedyś mogłeś jej coś kazać, w tej chwili jesteście partnerami. I powiedzcie, jak przebiegała ta praca nad wystawą, czy ona rzeczywiście przebiegała partnersko? 

Andrzej: Chyba tak, to znaczy – tak mi się zdaje. W momentach, w których pracujemy nad wystawą, staram się wyłączyć te relacje bardzo osobiste i jednocześnie doprowadzić do sytuacji, w której zaczyna się relacja zawodowa „kurator-artysta”. Na ile to się udaje, to jest już zupełnie inna historia. Ale staranie się do doprowadzenia do takiej czystej sytuacji jest najsensowniejszym rozwiązaniem.

Alicja, pierwszą wystawę zrobiłaś, jako kuratorka, w 2011 roku. Andrzej, ty miałeś swój pierwszy pokaz w 1970 roku. To jest bardzo duża różnica czasowa i siłą rzeczy macie inne spojrzenie na malarstwo, na sztukę, pomimo że razem mieszkaliście w jednym domu. To jest różnica pokoleń. Czy pracując nad katalogiem i konstruując tę wystawę wychodziły te odmienności? Bo jednak istnieje teraz inne myślenie o sposobie pokazywania sztuki, o tym co jest ważne, niezależnie od tego, że pojedyncze obiekty się nie zmieniają. 

Andrzej: Jeżeli chodzi o samą ideę wystawy, to myślę, że nie. To znaczy cały czas wiem i zdaję sobie sprawę, że ona ma inne spojrzenie na malarstwo, na sztukę, ale myślę, że tu nie było konfliktowych momentów. Znalazłem się w dobrej sytuacji, ponieważ to mnie zaproszono, mnie zaproponowano wystawę i na samym początku określiłem jej kształt. Jeżeli chodzi o samą ideę, o określenie ram czasowych, to tu nie było miejsca na dyskusję, bo Ala wie co robię, a ja mam to, co zrobiłem. Reszta wyjaśni się podczas montażu, ale sądzę, że nie będzie tu wielkich różnic.

Alicja: Wydaje mi się, że jednak było trochę różnic, jeżeli chodzi o pracę z wydawnictwem. Mam trochę inną wizję tego, czym powinien być tekst w katalogu… Była taka sytuacja, że musieliśmy dokonać dużej eliminacji materiału i każde z nas miało swoje wyobrażenie. Wracając do wystawy  – jeżeli mamy pokazy indywidualne, to miejsce do negocjacji i do moich kuratorskich wizji jest jednak trochę mniejsze, bo cały czas trzeba panować nad tym, żeby wystawa jak najlepiej i w pełny sposób prezentowała artystę. Co innego jest jak się ma zbiorową wystawę, można bardziej nią „manipulować”.

Są tacy malarze, artyści, którzy negują rolę kuratora. Mówią, że teraz są kuratorzy, którzy rządzą, a artysta najlepiej wie co pokazać i w jaki sposób. Jaka jest potrzeba posiadania kuratora?

Andrzej: Na pewno kuratorzy są potrzebni, szczególnie przy wystawach zbiorowych, ponieważ to oni proponują ideę samej wystawy, a co za tym idzie, także jej kształt artystyczny. Myślę też, że nieco inną rolę spełnia kurator w wypadku wystaw indywidualnych. Jego rola w stosunku do artysty jest na pewno bardziej partnerska. Rzeczą bardziej istotną zdaje się być tutaj właśnie to „współpartnerstwo” niż jakikolwiek rodzaj dominacji. Prawdą jest też, że w wielu przypadkach pewna część kuratorów próbuje przypisać sobie większą rolę, niż faktycznie ją spełnia. Mianują się często tubą artysty, twierdząc, że bez ich pomocy byliby oni nie tylko bezradni, ale wręcz niekomunikatywni i nie potrafiliby sformułować swoich artystycznych racji. Stworzyła się więc taka sytuacja, że pewna część kuratorskiego żywiołu (powtarzam, tylko pewna część – nie wszyscy!) usiłuje przypisać sobie cechy sprawcze i przywódcze. Myślę, że najważniejsza jest mądra współpraca i rozsądne wyważenie proporcji tej współpracy. Myślę także, że rację i dużą dozę rozsądku miał swego czasu Mirosław Jasiński [historyk sztuki i wieloletni kurator z bardzo dużym doświadczeniem], który w czasie którejś z rozmów stwierdził: wy (artyści) jesteście od robienia, a my (kuratorzy) od nazywania tego. I przy pomocy tego króciutkiego zdania wskazał on te właściwe proporcje naszej współpracy.

Jaka jest rola malarstwa w dzisiejszych czasach?

Andrzej: Mam na to prosty pogląd. Rola malarstwa w ciągu ostatnich kilku dekad, które pamiętam, szalenie się zmieniła. Kiedyś mówiło się że ta dyscyplina jest królową sztuk. Teraz zupełnie to inaczej wygląda. Malarstwo stoi chyba w jednym szeregu z innymi dyscyplinami, które spełniają taką samą rolę, jaką niegdyś ono spełniało. Pewne procesy ideotwórcze i ideonośne tam się wciąż rodzą, ale nie tylko tam. Także nie jest to już pierwsza pozycja, jeżeli chodzi o nośność ideową. Jaki ma sens? W przypadku malarstwa i całej sztuki w ogóle odpowiedź jest i prosta, i jednocześnie trudna. Bo zawsze mówiło się, że artysta coś przekazuje otoczeniu czy społeczeństwu. Na pewno coś przekazuje, ale jest to też po prostu pewien sposób samorealizacji. To także jest jedna z cegiełek, która dokłada się do kultury, w szerszym ujęciu.

Czy definicja tego, co robisz, jest związana z farbą, płótnem?

Andrzej: Nie tylko. Z resztą ja zawsze mówię studentom, że malarstwo to nie musi być coś, co jest wyłącznie zrobione pędzlem, farbą i ręką, tylko istnieją też zupełnie inne metody. Malarstwo nie tylko przejęło inne funkcje, ale także posługując się obecnie innymi metodami technicznymi i realizacyjnymi, po prostu poszerzyło swój obszar. Przecież istnieją całe obszary, które można traktować teraz jako malarstwo, ale równie dobrze można na nie patrzeć i mówić, że to nie jest malarstwo, a jakaś inna dyscyplina i jedno z drugim wcale się nie kłóci. Chyba nie ma sensu wytyczać bardzo sztywnych i precyzyjnych granic między malarstwem a nie-malarstwem. Malarstwo się otworzyło – jeśli mówimy o jego możliwościach technicznych, konwencjonalnych lub realizacyjnych, ten obszar jest szerzej zakreślony niż lat temu 30, 40 i 50. Nie mam z tym problemu. Dla mnie malarstwo to nie jest tylko fizyczne malowanie: pigment, farba, ręka, okulary na nosie, a nawet i nie płótno, bo to przecież nie musi być na takim podłożu. Nie trzeba daleko szukać – cała sfera, którą nazywamy przestrzenią publiczną, też została włączona do malarstwa, ale i także – jednocześnie – do innych dyscyplin. Malarstwo funkcjonuje w tej przestrzeni, w której dawniej nie funkcjonowało, czyli mogą się na to składać zupełnie inne technologie, możliwości realizacyjne, jego usytuowanie i sposób myślenia.

A czy potrafisz powiedzieć co będzie za dziesięć lat czy dwadzieścia z malarstwem? Bo to się zmienia.

Andrzej: Nie potrafię, ale też mnie to nie bardzo interesuje. Nie raz rozmawiając z kimś na ten temat (piję do tego, że co najmniej raz na dekadę mówi się o śmierci malarstwa), mówiłem, że trafiłem kiedyś na archiwalne nagranie z lat 60. Był taki wybitny kompozytor włoski, Luigi Nono, absolutna awangarda w latach 60., już nieżyjący już. W jednym wywiadzie mówił, że muzyka tonalna skończyła się i że on uczy swoje dzieci muzyki atonalnej, jej rozumienia. Nagle okazało się, że parę lat po tym nastąpiła eksplozja takiej normalnej muzyki, nie mówię o poważnej, tylko o popowej, rockowej, etno – wtedy zaczęli się Beatlesi, Stonesi, później pojawiły te wszystkie różnorodne formy, zresztą znakomite, kompilacje jazzu, rocka itd. I nagle okazało się że wieszczenie końca muzyki tonalnej jest warte funta kłaków. Nawet jak patrzysz na dzieje muzyki poważnej, to od co najmniej dwóch dekad widoczny jest powrót do tonalności. Wszyscy współcześni minimaliści amerykańscy czy angielscy, jak chociażby Glass, Nyman czy nasz Szymański, to jest klasyczna tęsknota za tonalnością. To się na pewno kiedyś zmieni, ale jak długo facet, który się goli, będzie sobie śpiewał fałszywie przed lustrem i jak długo dziecko, które bawi się, będzie wyśpiewywać coś – to jest forma samorealizacji – to będzie istniała muzyka tonalna. To samo jest z malarstwem. Powstaną prawdopodobnie nowe dyscypliny, nowe techniki, konwencje, sposoby realizacyjne – i wspaniale, bardzo dobrze. Ale dla kogoś pewnie będzie ważne to, ażeby móc zasmarować farbami prostokąt płótna i może jeszcze kilka osób zechce na to popatrzeć.

Chciałbym dowiedzieć się, o czym będzie ta wystawa. Czy mogłabyś Alicjo coś o niej opowiedzieć? 

Alicja: Wystawa nosi tytuł Zbierane – wszystko i tak odbywa się w jednym miejscu” i wydaje mi się, że najważniejsze jest, żeby na początku powiedzieć, czym ta wystawa nie jest. Moim zamiarem na pewno nie było zrobienie ojcu wystawy retrospektywnej, żadnego pomniczka. Ktoś mógłby pomyśleć, że Dobrzaniecki to ostatnio miał we Wrocławiu wystawę siedem czy osiem lat temu (nie licząc tych uczelnianych czy zbiorowych), więc powinien mieć retrospektywę. Nie. To jest wystawa tego, co ojciec zrobił w ciągu ostatnich kilku lat, to znaczy: przynajmniej część prac pochodzi z tego okresu. W dużej mierze są to obrazy wcześniej nie prezentowane, więc można powiedzieć, że jest to premierowy pokaz. Wystawa podzielona będzie na cztery części: Stoły (dom), Czeskie wiersze, Prawdziwy obraz twierdzy kłodzkiej i W kratkę. W moim rozumieniu podział ten odpowiada obszarom, które można określić jako te, z których pochodzą inspiracje. Czyli Stoły to sfera codzienna, Czeskie wiersze rozumiem jako literaturę, Prawdziwy obraz twierdzy kłodzkiej to obszar bardziej podróżniczy i historyczny, pozadomowy. W kratkę zaś jest najnowszym cyklem. Często padają takie pytania od widzów, od osób profesjonalnie nie związanych ze sztuką: A skąd ten pomysł?, A skąd inspiracja?, Dlaczego autor to namalował?. My możemy podśmiewać się z tego, ale to są naprawdę bardzo ważne pytania. Wystawa w pewien sposób może to pokazywać i dawać odpowiedź. To możliwość wniknięcia w sferę, do której widz nie zawsze ma dostęp.

Ale jak chcesz to ograć w przypadku Stołów? Będą obrazy i co? Chcesz pokazać coś jeszcze?

Alicja: Chcemy pokazać kuchnię i zaplecze, czyli notatki, szkice, rysunki – to, co zwykle zostaje w szufladzie i nie wychodzi z pracowni. Ale sam podział i nazwanie poszczególnych części wystawy jest naprawdę ogromną wskazówką. 

Wskazówka jest, ale trochę tajemniczo brzmią te rzeczy dla kogoś z zewnątrz. Jakkolwiek najbardziej sensacyjnie brzmi Prawdziwy obraz twierdzy kłodzkiej. Jakaś prawda zostanie tam odkryta?

Andrzej: Nie. To są moje zainteresowania, fascynacje, nie tylko Twierdzą Kłodzką, ale wyjazdami i podróżami w tamtą stronę, w sensie geograficznym i architektoniczno-historycznym, ale kto wie czy nie najbardziej – emocjonalnym. Zawsze intrygowało mnie budownictwo i rzeczy, miejsca, które niczemu nie służą, przynajmniej teraz, tak jak architektura militarna. Dla mnie wojsko jest dalekie i obce, nigdy nawet w wojsku nie byłem. Te twierdze w Kłodzku, Przemyślu, Liège (w Belgii), bo tam też zostały resztki, traktuję jako dzieła myśli ludzkiej i olbrzymiego wysiłku ludzkiego, który poszedł na marne. Twierdza w Srebrnej Górze była broniona tylko przez jeden dzień. Ten tytuł jest metaforyczny, bo to nie chodzi tylko o Twierdzę Kłodzką. Zresztą, nie ma tam żadnego jej prawdziwego wizerunku, to taki rodzaj hołdu złożony głupocie i wysiłkowi ludzkiemu. 

Podoba mi się ten „hołd złożony głupocie ludzkiej”, bo trochę łączy się z następnym działem Czeskie wiersze, trochę to zabrzmiało jak ze Szwejka.

Andrzej: Zawsze fascynowałem się czeską literaturą, mam swoich ukochanych pisarzy, którzy najczęściej nie mają nic wspólnego z tym typem literatury. W pewnym momencie przypadkowo trafiłem na gruby tom poezji czeskiej, oni sami nazywają to poezją undergroundową. To poezja z lat 60.-90. I to mnie zafascynowało, skład tych ludzi, poetów, artystów, gdzie jedna trzecia to muzycy rockowi, jedna trzecia to psychicznie chorzy, a jedna trzecia siedziała w więzieniu. Ci psychicznie chorzy, to dlatego byli chorzy, żeby nie iść do wojska. I nagle okazało się, że to było fantastyczne. To nie miało wiele wspólnego z tradycyjnie pojętą poezją, która z definicji powinna krążyć wysoko, prawie w chmurach. To było raczej wykrzykiwanie swoich racji, swoich chęci życiowych, swoich postaw, czasem w bardzo brutalny i wulgarny sposób, a niekiedy bardzo subtelnie. Ale to wszystko ma olbrzymią siłę i autentyzm. Mój cykl to malowane rzeczy, najczęściej polegające na tym, że gdzieś wmontowuję teksty, oczywiście w tłumaczeniu, bo tylko taki mam dostęp do tej literatury. I tam się z tego robi wizualna sytuacja.

No to powiedzmy jeszcze, o co chodzi z tą kratką. 

Andrzej: To wyszło już zupełnie z moich zainteresowań wizualnych. Każdy ma coś, co mu przynosi frajdę, gdy na coś patrzy. Zawsze bardzo lubiłem ograniczone w kolorystyce obrazy, grafiki, często o proweniencji ludowej czy takiej bardziej z obrzeży prawdziwej sztuki. Lubiłem takie malutkie tkaniny – teraz już się ich nie robi – które były popularne w okresie międzywojennym. Był na nich generał Haller albo Piłsudski, albo sakralne tematy. Wszystko było tkane, może maszynowo, białą, czarną i srebrną nitką. Tworzyła się wówczas fantastyczna struktura, w momencie gdy człowiek odrzucił całą tę narrację. Interesowała mnie czysto wizualna strona. A poza tym inspirują mnie graficy, np. Jerzy Panek, który dla mnie był fantastycznym artystą. Jego prace próbowałem powtarzać, ale nie z taką precyzją, tylko w sposób niechlujny, nonszalancki, „żeby było fajnie”. Żeby mieć frajdę ze zrobienia czegoś, żeby mieć frajdę z faktu realizacji.

Alicja: Jeszcze odnośnie cyklu W kratkę – dla mnie jest to logiczny, kolejny element tego, co robi ojciec. Charakterystyczne dla niego było zawsze pisanie wielu słów na obrazach. Ta kratka czymś takim właśnie jest, takim hafcikiem.

Andrzej: Problem słowa i wizerunku zawsze był dla mnie ważny – zbitki czegoś napisanego, czegoś, co jest obrazem i wzajemna relacja tych rzeczy, bo wówczas zmieniają się wartości przekazu słownego i wizualnego. A mówiliśmy też o inspiracjach, że szalenie trudno jest o tym mówić, a czasem jest to enigmatyczne – coś gdzieś zwidziane, przeczytane, zasłyszane, dopiero po latach wyłazi w twórczości. I może to są moje młodzieńcze fascynacje, bo kiedyś fascynowałem się minimalizmem. Gdy pierwszy raz wyjechałem na Zachód, autostopem, jeszcze będąc na studiach, trafiłem w Amsterdamie na gigantyczną wystawę amerykańskiego i europejskiego minimalizmu, który wywarł na mnie piorunujące wrażenie. Nigdy tego nie robiłem, ale zainteresowanie gdzieś pozostało.

Zobaczyłeś minimalizm, który zrobił na tobie wrażenie, ale nie uległeś takiej taniej, łatwiej pokusie „przyjechałem zza granicy, mogę to skopiować i będę fajny, nowoczesny”. Nie miałeś takiej chęci?

Andrzej: Takie pokusy zawsze się ma. Przynajmniej ja zawsze mam chęć, że jak widzę coś, co robi na mnie wrażenie, to tak bezwiednie też chcę podobnie malować. Myślę, że mój dyplom był trochę w duchu minimalizmu. No, ale jak sie ma dwadzieścia cztery lata, to chce się robić wszystko, jest się podatnym na informacje płynące z zewnątrz.

Po tej całej rozmowie wyciągnąłem taki wniosek, że nie jesteś artystą, który uważa, że należy cierpieć.

Andrzej: A nie, odwrotnie nawet, ktoś powiedział, że jestem sybarytą. Chyba jestem, bo bym wolał być artystą nie tylko majętnym, ale nawet bardzo majętnym i chciałbym czerpać z tego wszystkie profity. Jak weźmiemy nazwiska największych artystów z poprzedniego stulecia, to oni raczej nie cierpieli biedy. A czy ta „bieda” to nie jest XIX-wieczny model twórcy wymyślony na użytek literatury? Że musi być głodny, mieć zimno, mieszkać na poddaszu, mieć gruźlicę i syfilis, nie mieć co do gęby włożyć ani w co się ubrać. Nie wiem, czy akurat to jest artyście naprawdę potrzebne, czy raczej pewna umysłowa gimnastyka, mądrość… A z kolei – czy mądrość jest w ogóle artyście potrzebna? Może tylko specjalny rodzaj inteligencji? Chyba czasem musi być, a czasem nie musi. Bo istnieje sztuka, która ma tę obudowę intelektualną, jest świetna i głęboka, a są też tacy artyści, którzy posiadają tylko taką naturalną, wyłącznie emocjonalną czy intuicyjną możliwość tworzenia, a robią rzeczy znakomite, takie, że jest się pod ich dużym wrażeniem.

To może być dowód na istnienie Boga, że nimi tak kieruje.

Andrzej: Myślę że Bóg jest na tyle mądry, ze raczej kieruje rozumnymi, a tym głupszym – bo już nie miał do nich cierpliwości – dał wolną rękę, bo jest jednocześnie dobry.

Wystawa monograficzna Andrzeja Klimczaka-Dobrzanieckiego pt. Zbierane – wszystko i tak odbywa się w jednym miejscu ma miejsce w galerii Awangarda – BWA Wrocław od 11 kwietnia do 11 maja 2014. Kuratorem tej wystawy jest córka artysty, Alicja Klimczak-Dobrzaniecka.

Andrzej Klimczak-Dobrzaniecki – urodzony w Prudniku w 1946 roku Studiował malarstwo w Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych (dzisiaj Akademia Sztuk Pięknych) we Wrocławiu w latach 1965-1971 w pracowni prof. Eugeniusza Gepperta. Od ukończenia studiów pracuje w tej uczelni jako pedagog i wykładowca, prowadząc Pracownię Malarstwa. W latach 1990-1993 pełnił funkcję rektora. W latach 1997-2009 pracował na Uniwersytecie Zielonogórskim, gdzie prowadził zajęcia z malarstwa na Wydziale Artystycznym.

Brał udział w ponad stu wystawach zbiorowych w kraju i za granicą (m. in. Niemcy, Austria, Hiszpania, Holandia, Francja, Grecja). Jest autorem ponad siedemdziesięciu wystaw indywidualnych: we Wrocławiu, Rzeszowie, Krakowie, Warszawie, Berlinie, Rzymie, Lipsku, Tokio itd. Jego prace znajdują się w kolekcjach i zbiorach prywatnych, publicznych i muzealnych, w kraju i za granicą.

Wystawa Andrzeja Klimczaka-Dobrzanieckiego Zbierane – wszystko i tak odbywa się w jednym miejscu w Galerii Awangarda – BWA Wrocław

fot.(góra) Andrzej Klimczak- Dobrzaniecki, Autoportret, źródło: BWA Wrocław

źródło: BWA Wrocław

portal_rs_adres_www_wb

szukaj wpisów które mogą Cię jeszcze zainteresować:

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Magazyn

Magazyn

Nowość - Magazyn portalu RynekiSztuka.pl

Pobierz Magazyn Pobierz Raport 2017
MENU: