szukaj w portalu Rynek i Sztuka MENU:
Niepodległa Suwerenna – Fabryka Sztuk

Zawód pełnoetatowej muzy – wywiad z Natalią Kruss

08.01.2015

Wywiady

Kim jest Muza? Czy tylko dostarcza artyście źródła inspiracji? Z Natalią Kruss o zawodzie „Muzy” znanego polskiego malarza Krzysztofa Izdebskiego-Cruz rozmawiała redaktorka portalu Karolina Przybylińska.

Karolina Przybylińska: Pomysł przeprowadzenia z Panią wywiadu narodził się w momencie ujrzenia Pani wizytówki w Galerii Miejskiej we Wrocławiu. Bardzo mnie ona ujęła, i jednocześnie zafrapowała. Przede wszystkim zastanawia mnie, jaką funkcję pełni wizytówka, w której jest Pani określona jako „Muza”. Czy przy jej pomocy puszcza Pani do osoby obdarowanej oko, obserwując z zaciekawieniem pojawiającą się konsternację?

Natalia Kruss: Tak, moja wizytówka określa kim jestem z przymrużeniem oka. Widnieje na niej mój wizerunek – fragment obrazu Galatea Krzysztofa Izdebskiego-Cruz. Bardzo lubię ten obraz i siebie tam namalowaną w roli mitologicznej Galatei. Jeśli ktoś chce się skontaktować z artystą to najczęściej kontaktuje ze mną, czyli jego Muzą. Jeśli chcesz o coś zapytać, odpowiem (i dobrze znam się na rzeczy, którą się zajmuję) – zdaje się mówić moja wizytówka, a ja uwielbiam kontakty z ludźmi.

Natalia Kruss

Natalia Kruss

KP: Czyli „Muza” to również swoiste dookreślenie Pani wielofunkcyjnego „stanowiska”?

NK: W naszej codzienności moja rola nie ogranicza się do pozowania, ale jestem osobą reprezentującą i zastępującą artystę w kontaktach dotyczących współpracy artystycznej. U nas ja częściej wręczam wizytówkę. Zdarzyło się, że Krzysztof rozłożony złośliwą grypą nie był w stanie pojechać na wernisaż własnej wystawy do Bawarii. Pojechałam sama i w jego imieniu otwierałam wystawę, rozmawiałam z przybyłymi, którzy nie odstępowali mnie przez wiele godzin. Czułam, że on, czyli sam artysta, nie zrobiłby tego lepiej ode mnie. Być może jestem bardziej dostępna? Stanowię także niewidoczną, ale bardzo skuteczną barierę, która chroni artystę przed zalewem telefonów i różnych bodźców, które docierałyby do niego podczas jego pracy twórczej. W innych branżach taka osoba jest określana mianem asystentki. Jestem predestynowana do pełnienia tych wszystkich ról i jeszcze kilku innych jak na przykład kierowcy – bo Krzysztof nie posiada prawa jazdy! Jestem również zaangażowana artystycznie w naszą pracę, więc określenie „Muza” wydaje mi się właściwe i bardzo mi odpowiada.

KP: Interesują mnie okoliczności, w których osoba z otoczenia artysty staje się jego muzą. Jest to nagłe olśnienie? Artysty? Pani?

NK: Pomysł nazwania siebie Muzą jest mój. Pojawił się na spotkaniu u Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, w którym Krzysztof brał udział celem odbycia narady w szerszym gronie osób. Ja, jako osoba towarzysząca, zostałam również poproszona do ogromnego, owalnego stołu dla gości. Jakaż była moja konsternacja, gdy Minister (wtedy Waldemar Dąbrowski) poprosił o przedstawienie się kolejno wszystkich gości i podania pełnionej przez nich funkcji. Co gorsza, wypadało, że to ja muszę przedstawić się pierwsza przed Krzysztofem. Gdy kolejne zgromadzone osoby ze świata kultury i sztuki wymieniały swoje wysokie stanowiska i przyszła moja, kolej wstałam i powiedziałam, że jestem Muzą tego Artysty oraz, że na pewno w tak dostojnym gronie osób zaangażowanych w tworzenie kultury okażę się osobą niezbędną. Otrzymałam gromkie brawa od samego Ministra i pozostałych zgromadzonych. I tak już pozostało. Od tej pory przedstawiam się oficjalnie jako Muza.

KP: Urodziła się Pani muzą, czy też dopiero obecność artysty u Pani boku wyzwoliła tę energię i czar?

NK: Bycie muzą wymaga przede wszystkim uwielbienia swojego zawodu, artysty i jego twórczości. Tak, zawodu. Uważam że jest to prawdziwy zawód i to bardzo odpowiedzialny, wymagający, a nawet momentami ekstremalnie trudny. Ponadto każdy artysta potrzebuje innej inspiracji, innej muzy. Wszyscy jesteśmy różni i mamy różne potrzeby, więc nie ma jednego przepisu na „muzę doskonałą”. Pewnie dla kogoś innego, nie byłabym tą właściwą, dla Krzysztofa jestem i on mi to okazuje. Jednych fascynuje naturalność i żywiołowość, innych wystudiowana poza i spokój, to jest jak energia przepływająca między osobami. Chemia jest, albo jej nie ma. Ukuliśmy sobie takie powiedzenie na temat naszego współdziałania. Nasze 1+1 = więcej niż 2.

KP: Maciej Kraszewski w swoim eseju poświęconym osobie Krzysztofa Izdebskiego-Cruz opisując Państwa życie i dom przyrównuje je do bramy. Jego zdaniem państwa świat jest niezwykły – puszczają w nim skoble. Jest Pani dla Krzysztofa Izdebskiego kompresem kojącym, rękojmią porządku i ładu, czy raczej dostarcza impulsów do działania?

NK: Jestem rękojmią porządku i ładu. To jest jedno z moich zadań – tworzyć artyście przestrzeń twórczą, nie tylko poprzez układanie rozrzuconych po całej pracowni rekwizytów, farb i pędzli, lecz też poprzez izolowanie artysty od „zakłóceń” płynących ze świata zewnętrznego. Artysta tworząc dzieło, potrzebuje absolutnej koncentracji, a sprawy organizacyjne powodują emocje i wybijają go z procesu twórczego. Wracając do domu jako bramy… Tak, stworzyliśmy własny świat. Pracujemy razem co znaczy, że przebywamy ze sobą non stop. Trzeba to było poukładać trochę lepiej niż zwyczajnie, aby się nie pozabijać, bo temperamenty oboje mamy wojownicze. Każdy element wyposażenia domu i pracowni ustalamy wspólnie. Meble tylko częściowo wpływają na atmosferę domu czy pracowni, większość czynią te niewidzialne: miłość, oddanie, poszanowanie potrzeb czy oczekiwań drugiego człowieka, nawet jeśli to mój mąż (śmiech) i pewnie o tym właśnie pisał Maciej Kraszewski.

KP: Wielu autorów piszących o sztuce Krzysztofa Izdebskiego-Cruz używa wielkich słów, tj. piękno i prawda. Z kolei Pani postać pojawia się w obrazach Krzysztofa Izdebskiego-Cruz nad wyraz często…

NK: Na pewno dużą rolę odgrywa fakt, iż po prostu mu się podobam. Po drugie jestem najbliżej. Krzysztof w swoich obrazach nie przedstawia brzydoty, destrukcji złych emocji, katastrof – zależy mu na pokazaniu piękna, proporcji, harmonii. Często powiada, że tyle jest zła, brzydoty, krzywdy czy po prostu chaosu na świecie, że nie jest potrzebny jeszcze jeden artysta, który to, co złe, pomnoży. W niszczeniu nie trzeba pomagać, wystarczy poczekać. Destrukcja jest bardzo modna w sztuce, ale to jego zdaniem łatwizna. Burzyć jest przecież znacznie łatwiej niż zbudować, prawda? Budować trzeba, a to wbrew pozorom znacznie trudniejsze niż początkowo może się wydawać.

KP: Jak wygląda Państwa współpraca bezpośrednio przy powstawaniu obrazów?

NK: Spędzając wspólnie czas, dyskutujemy na temat mających powstać dzieł, lecz są to najczęściej tylko ogólne zarysy koncepcji. Krzysztof sam wymyśla i komponuje – w jego głowie rodzi się idea, koncepcja i wymowa obrazu, czasami prosi mnie o pomoc w doborze niektórych elementów, konsultuje detale. Znacznie rzadziej, wprost pyta mnie, co sądzę na dany temat. Ja gram zadaną mi przez Krzysztofa rolę w wymyślonym przez niego świecie. Czasami pytam o powody, ale bardzo rzadko. Najczęściej rozmawiamy na temat obrazu i postaci, którą mam zagrać. Staram się to zrobić jak najlepiej, wyłączając się z roli żony, towarzyszki życia, czy muzy. Krzysztof najpierw opowiada mi, o czym będzie obraz. Potem przybliża w kolorystyce czy stylistyce scenę, którą zamierza namalować, a ma zawsze bardzo skonkretyzowane wyobrażenie. Czasami zdarza się, że pod moim wpływem coś zmienia, czasem porzuca nagle swoje zamierzenie. Po pewnym czasie do niego wraca, ale już w innej, zmienionej formie.

KP: Zaznaczała już Pani, że jest fanką twórczości Krzysztofa Izdebskiego. Jednak czy próbuje Pani czasem w jakikolwiek sposób ingerować w jego prace? Zdarza się, że jest Pani niezadowolona z efektu?

NK: To często zadawane mi pytanie. Niektórzy pytają mnie, czy to jak mnie namaluje artysta podlega jakiejkolwiek mojej korekcie. Czy mogę się nie zgodzić na takie czy inne ujęcie/przedstawienie mnie w obrazie. Powiem wprost – nie, nie ingeruję w obraz na żadnym etapie. Wydaje mi się to oczywiste. Oczekiwanie, że portretowany będzie akceptował, czy zatwierdzał swój wizerunek prawdopodobnie wynika z kilku powodów. Po pierwsze, z tego, że zamówił on swój wizerunek u artysty. Ja nie zamawiam, więc nie mam tego problemu. Krzysztof w ogóle nie przyjmuje zamówień na portrety. Maluje tylko te osoby, które sam wybierze, a one się na to zgodzą. Po drugie, podejrzewam, że portretowany, który zamawia obraz chce wyglądać korzystniej, by nie powiedzieć lepiej na obrazie niż w rzeczywistości. Ja tego nie oczekuję, nie mam kompleksów. No może jeden (śmiech) – nie umiem malować.

KP: Dziękuję za rozmowę!

 

Portal Rynek i Sztuką

portal_rs_adres_www_wb

szukaj wpisów które mogą Cię jeszcze zainteresować:

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Magazyn

Magazyn

Nowość - Magazyn portalu RynekiSztuka.pl

Pobierz Magazyn Pobierz Raport 2017
MENU: