szukaj w portalu Rynek i Sztuka MENU:

Z cyklu „Poszukiwania antykwaryczne Jerzego Tomaszewskiego”: Patrzenie ze zrozumieniem

19.05.2015

Magazyn, Poszukiwania antykwaryczne

Uważajmy na skrzyżowaniu… niebieskich szabelek! Świat kolekcjonerski byłby wręcz idealny, gdyby autorzy dzieł sztuki czy rzemiosła artystycznego chcieli porządnie i dokładnie sygnować swoje wyroby. „Obraz namalowany farbą olejną na płótnie, przez Igreka Iksińskiego w Krakowie w roku 1865″… i podpis w miarę czytelny. Albo wyraźny znak firmowy, najlepiej wyciśnięty w masie porcelanowej i uzupełniony znakiem malowanym kobaltem pod glazurą z dodatkiem rocznej daty i nazwiska dekoratora… albo… Niestety. Antykwariusze, kolekcjonerzy i ci wszyscy, którzy nie przechodzą obojętnie obok antyków w miejscu tak pięknie opisanych sygnatur znajdują często niewyraźne piktogramy, monogramy, nazwiska pisane nieczytelną kursywą, zamazane znaczki i to wszystko, co stwarza pole do snucia kolekcjonerskich fantazji, skłania do dowolnych interpretacji, na świadomych i nieświadomych oszustwach kończąc.

Tego, tak niewyraźne sygnowanego obrazu rzeczywistości, nikt i nic nie zmieni. Nie zmieni tego również niniejszy tekst. Może jednak skłoni do krytycznego myślenia o przedmiotach szeroko rozumianego kolekcjonerstwa.

Ja wiem, z antykami jest jak z dziećmi. Są wspaniałe i cenne, gdy są nasze. Ileż razy w długoletniej antykwarycznej zabawie doświadczałem tego syndromu? Nie policzę i nawet się nie staram. A ileż razy sam ulegałem tym emocjom, natykając się na przedmiot moich kolekcjonerskich pożądań? Nie przyznam się… bo też nie policzę. Jak zatem ustrzec się przed przecenianiem lub niedocenianiem antykwarycznych znalezisk?

Patrzeć ze zrozumieniem, pamiętając o tym, że każda wątpliwość świadczy na niekorzyść przedmiotu!

Powiedzieć łatwo, ale jak to robić? Jak, z jednej strony, pokonać własną skłonność do przeceniania naszej zdobyczy, a z drugiej, na co patrzeć, by zobaczyć to, co może posiać w nas wątpliwości? Gdyby to było proste, to zniknęłaby znaczna część kolekcjonerskich rozkoszy.

Opowiem Wam pewną zupełnie świeżą historyjkę.

Dostałem prezent na moje kwietniowe urodzino-imieniny. Miśnieński świecznik malowany w tzw. wzór cebulowy. Kocham porcelanę, a osobliwie tą biało-niebieską. Zresztą nie tylko porcelanę…fajans też. Nie pytajcie dlaczego, bo na takie pytania nie ma sensownej odpowiedzi. Kocham i już! Ucieszyłem się z prezentu niezmiernie, tym bardziej, że pamiętałem oglądany przed laty katalog aukcyjny Sotheby`s ze zdjęciami pary takich świeczników.

Podroze antykwaryczne jerzego tomaszewskiego (12)

…….właśnie tych. Niezła cena, prawda? A data ok. 1740!!!

Podroze antykwaryczne jerzego tomaszewskiego (11)

Jeśli porównać to „już moje” z „tymi tam” z Londynu, to tylko klaskać ze szczęścia!

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Zarówno wymiary, materiał, dekoracja malarska, rodzaj złota w złoceniach, sygnatura…no właśnie. Nic tak nie hamuje emocji jak „druga strona medalu”.

Podroze antykwaryczne jerzego tomaszewskiego (14)

Podroze antykwaryczne jerzego tomaszewskiego (13)

Pozornie wszystko się zgadza. Kobaltowe, miśnieńskie mieczyki krzyżują się jak należy. Wyrysowane w masie porcelanowej napisy kursywą też nieźle się prezentują. Nr. 26 napisany kobaltem i również wyciśnięty w masie…

Jak mówi przedwojenna piosenka: „na pierwszy znak, gdy serce drgnie”. Krój tych cyfr jakiś taki nie bardzo barokowy. Jeśli do tego dodamy kształt mieczyków z wyraźnie zaznaczonymi kulkami głowic w rękojeściach, to na ten „drugi znak i już się wie”, że to dziewiętnastowieczna, kolejna edycja tego produktu. Nucimy sobie dalej, ale już nie tak wesoło. Możemy oczywiście, wzorem wielu kolekcjonerów i handlarzy przejść nad tymi „znakami” do porządku codziennego lub niecodziennego, ale gdzieś tam w środku niepokój pozostaje i radość zakłóca. A tak się dobrze zaczynało.

Powyższa opowieść nie dotyczy wyłącznie naszego, szeroko rozumianego rynku antyków. Jeśli spotykać się będziemy w tym miejscu częściej, w co wierzę, pokażę wam przykłady pomyłek wielkich domów aukcyjnych.
Jednakże to nasze, przeorane przez historię podwórko antyczno-kolekcjonerskie, pozbawione naturalnej ciągłości i kształcenia skierowanego w stronę obsługi tego rynku, dostarcza licznych przykładów nieścisłości i nierzetelności w określaniu pochodzenia, datowania i wyceniania antyków. Jeśli dodamy to tego masowy import produktów „antykopodobnych” zalewający nasze „pchle targowiska” i antykwariaty, to nie dziwmy się, że określenie „zamęt” wydaje się zbyt łagodne.

Można, wzorem wielu sprzedających antyki, użyć potocznego powiedzenia: widziały gały, co brały. Jak jednak sprawić, by „gały” wiedziały?

Mógłbym – zresztą zgodnie z logiką i prawdą – powiedzieć, by nie kupować rzeczy, na których „się nie znamy”. Celowo biorę to określenie w cudzysłów, bo tak naprawdę nie ma takich, którzy znaliby się w 100 % na przedmiocie kolekcjonerstwa, nawet własnego.

Nauka, oglądanie przedmiotów, wertowanie katalogów jest koniecznym tej zabawy elementem, jednakże to „coś”, co sprawia, że widzimy więcej i lepiej od innych kupujących, nie da się opisać, nazwać, a nawet zwerbalizować.

Jeżeli kupujemy coś naprawdę tanio ze świadomością, że nikt nie wystawił nas celowo do wiatru, to nawet pomyłka nie boli. Gorzej, gdy dajemy się przekonać przez spryciarza, bądź przekonujemy się sami, że spryciarzami jesteśmy my.

Popatrzmy na ten ozdobny, miśnieński talerz.

Podroze antykwaryczne jerzego tomaszewskiego (15)

Kupujemy go na giełdzie staroci za 150 złotych, wiedząc, że jest produkcyjnym brakiem, odrzuconym przez kontrolera jakości, nieskierowanym do dalszej obróbki malarskiej i pozłotniczej.

Podroze antykwaryczne jerzego tomaszewskiego (16)
Liczba wad jest określona przekreśleniami znaku. Takie nieudane egzemplarze trafiały często w ręce załogi wytwórni i służyły, czasem przez wiele lat, już to jako ozdoby skromnych wnętrz, już to jako rzeczy stricte utylitarne. Bywały również kupowane przez pomniejszych wytwórców i ozdabiane w małych, rzemieślniczych warsztatach. Poziom dekoracji takich wyrobów znacznie odbiegał od produktów z zakładu macierzystego.

Może się jednak zdarzyć, że wymowny handlarz przekona nas, że to osiemnastowieczna Miśnia z wczesnego okresu działania manufaktury, zaś wady technologiczne właśnie o tym świadczą. Jeżeli podeprze się przy tym katalogami porcelany miśnieńskiej i pokaże nam białe figury mistrza Kaendlera z widocznymi pęknięciami porcelanowej masy…to kto wie, czy cena 800 zł. nie wyda nam się atrakcyjna?

Bywa również, że to my, liznąwszy nieco wiedzy w tej materii, czujemy się już ekspertami i dostrzegamy tkwiący w takiej rzeczy „potencjał” i… przepłacamy, licząc na naiwność sprzedającego. To tylko przysłowiowy wierzchołek góry lodowej, bo możliwość motywacji, sytuacji, kontekstów i emocji jest praktycznie nieskończona.

Jeżeli nawet pobieżnie prześledzimy opracowania znaków manufaktur porcelanowych w Europie, to okaże się, że znaki miśnieńskie – te krzyżujące się mieczyki – były najczęściej nanoszonymi znakami na wyrobach angielskich, rosyjskich i niemieckich od wieku XVIII do współczesności.

Jeżeli nawet nie przypominały ich w 100%, to przynajmniej sugerowały ich „mieczykowość”.

Podroze antykwaryczne jerzego tomaszewskiego (9)

Czy to mieczyki skrzyżowane w Miśni?

 

Podroze antykwaryczne jerzego tomaszewskiego (7)

A te ?

Dziwne pytania, prawda? A jednak pewien rodak mieszkający długie lata w Kanadzie kupił te przedmioty jako miśnieńskie. Czy słusznie? I tak, i nie. Bo miśnieńskie zdecydowanie nie są, jednak ze wszech miar warte są zainteresowania.

Podroze antykwaryczne jerzego tomaszewskiego (3)

To wyjątkowo efektowne świeczniki przerobione później na lampy elektryczne.

Podroze antykwaryczne jerzego tomaszewskiego (5)

To wyjątkowo efektowne świeczniki przerobione później na lampy elektryczne.

W najmniejszym stopniu nie odbiegają jakością od wyrobów z Meissen, a nawet je przewyższają starannością wykonania. Czyim są dziełem? Nie wiem. Wiem jednak, że są przykładem znakomitej, starannej dziewiętnastowiecznej produkcji, stojącej na najwyższym poziomie technologii i designu.

Czy zatem warto było? Jeżeli kierujemy się urodą przedmiotu, to tak. Jeśli kolekcjonujemy Miśnię, to nie. Jeżeli liczymy na znawstwo kanadyjskich antykwariuszy w tym zakresie, to może popełniamy błąd… jeżeli…

Jedno jest pewne. O klasie wytworów rzemiosła artystycznego nie decydują wyłącznie sygnatury. Te zawsze można sfałszować, a motyw powtórzyć.

Podroze antykwaryczne jerzego tomaszewskiego (2) Podroze antykwaryczne jerzego tomaszewskiego (10)

Fot. powyżej. Szarobura masa porcelanowa, Wyjątkowo niestaranne, wręcz niechlujne malowanie. Łabędzia główka kończąca ucho przypomina raczej głowę zaskrońca.

krzyzyk

Wniosek? Pomimo niebieskich, skrzyżowanych mieczyków i miśnieńskiej różyczki, to jedynie wyrób „miśniopodobny”, raczej niemieszczący się w kategorii antykwarycznej okazji.

Kupowanie „z sensem” ma różne wymiary. Wszystko zależy od tego czy nasze decyzja podejmowana jest świadomie. Najgorszym doradcą jest pośpiech. „Tuszowaniu” uszkodzeń ceramiki poświęcę wprawdzie osobny rozdział, ale – generalnie patrząc – kupowanie porcelany naprawianej w jakikolwiek sposób obarczone jest ryzykiem idącym czasem zbyt daleko.

Powróćmy jednak do wspomnianej wyżej „świadomości”.

Podroze antykwaryczne jerzego tomaszewskiego (1)

Jeżeli kupimy ten niewątpliwie miśnieński, dziewiętnastowieczny talerzyk jako „talerzyk”, to popełnimy błąd.

Jeżeli natomiast po długich poszukiwaniach, uda nam się dokupić spodek (bo to spodek) do filiżanki, która od lat stoi osamotniona, to radości naszej nie będzie końca…a i cena będzie lżej strawna. Wiem coś o tym, bo 30 lat szukałem spodka do berlińskiej, klasycystycznej filiżanki z miniaturą.

Ileż razy w moim antykwarycznym żywocie musiałem prostować ten błąd. Gdybym mógł te „razy” zamienić na złotówki pewnie kupiłbym sobie z lekkim sercem niejedno porcelanowe cacko.

Podroze antykwaryczne jerzego tomaszewskiego (4) Podroze antykwaryczne jerzego tomaszewskiego (17)

Proszę pana, to Miśnia!

I tak, i nie. To druga fabryka w tym mieście. Fabryka Teicherta działająca w latach 1864-1912. Produkowano tam porcelanę obiadową dekorowaną głównie wzorem cebulowym. Jej wyroby mają wartość estetyczną i użytkową. I tylko tyle.

Skoro zaczęliśmy naszą wędrówkę przez „miśnieńskie skrzyżowanie” i to w kolorze biało- niebieskim, to może i tak je zakończmy.

Podroze antykwaryczne jerzego tomaszewskiego (6)

Tak modny i zbierany kiedyś przez miłośników eleganckiej porcelany, wzór „cebulowy” przestał budzić dziś większe emocje. Moda ma swoje prawa. Obracając się dziś w stronę ubóstwianego przez rodaków Rosenthala zapominamy…bądź nie wiemy, że tak naprawdę to tylko elegancka „obiadówka” która nigdy (poza wąskim działem produkcji Rosenthal Kunstabteilung) nie nabierze wymiaru prawdziwie kolekcjonerskiego. Dla mnie i wielu zakochanych w porcelanie te kobaltowe „cebule” będące przywołaniem chińskich piwonii mają zapach wykwintnego, kolekcjonerskiego dania.

Zatem… smacznego!

Od redakcji: Już 9 czerwca (wtorek) Jerzy Tomaszewski poprowadzi drugą licytację charytatywną obiektów kolekcjonerów ze zbiorów Barbary Piaseckiej-Johnson.
To wyjątkowe wydarzenie odbędzie się we Wrocławiu, w budynku Starej Giełdy, pl. Solny 16 oraz w Warszawie, w domu aukcyjnym Artissima, budynek PAST-y, ul. Zielna 19.

Jerzy Tomaszewski – historyk sztuki, antykwariusz i dziennikarz. Pracę we wrocławskiej DESIE rozpoczął w 1974 roku. Powrócił do tego miejsca w roku 2002, w międzyczasie uprawiając rzemiosło (ceramika), budowę kominków, malarstwo, renowację mebli i dziennikarstwo. 10 lat był redaktorem w Polskim Radiu Wrocław, a w połowie pierwszej dekady XXI wieku był autorem 30 odcinków jedynego polskiego telewizyjnego programu o antykach pt. „Antykwaryczne safari”, emitowanego w telewizji wrocławskiej i powtarzanego praktycznie bez przerwy do dziś, podobnie jak kolejny jego program – „Ćwiczenia z patrzenia”. W 2013 roku wrocławskie wydawnictwo Via Nova wydało książkę jego autorstwa pt. „Antykwaryczne polowania.” Pracuje w antykwariacie DAES we Wrocławiu.

Portal Rynekisztuka.pl

portal_rs_adres_www_wb

 

 

 

szukaj wpisów które mogą Cię jeszcze zainteresować:

4 komentarzy do “Z cyklu „Poszukiwania antykwaryczne Jerzego Tomaszewskiego”: Patrzenie ze zrozumieniem”

  1. a

    Świetny artykuł, czekam na więcej! Fanką pana Tomasz jestem od dzieciństwa, kiedy to zapartym tchem oglądałam najukochańsze „Antykwaryczne safari”. Kto wie czy nie było to pierwszym pchnięciem ku historii sztuki i muzealnictwu 😉

    1. ew_ka

      Dzięki za pasjonujący, znakomicie zilustrowany i „porządkujący wiedzę” artykuł ! Wiedza o rzemiośle artystycznym jest w społeczeństwie ciągle zbyt nikła, a popyt na nią duży. Dlatego liczymy na kolejne interesujące opowieści.

  2. embe

    Przczytałam z wilekim zainteresowaniem. Problematyka w naszym kraju niemal nietknięta. A szkoda. Dzięki takim artykułom łatwiej poruszać się w świecie antyków, oczy otwierają się na niezauważalne dotąd „drobiazgi”. Dziękuję za świetny artykuł i czekam na kolejne

  3. Łukasz

    Jest dokładnie tak, jak napisał autor artykułu; nikt nie jest takim znawcą, żeby miał 100% pewność. Sfałszować można nawet dokumenty, potwierdzające autentyczność, dlatego najbezpieczniej jest kierować się własnym gustem i kupować to, co się nam podoba, a niekoniecznie patrzeć wyłącznie na podpisy, czy sygnatury. Dodam jeszcze, że tzw. super okazje są tak samo unikalne, jak możliwość zakupu rarytasów za niewielkie pieniądze. Nie łudźmy się, że ktoś jest głupi i wystawi na bazarze, czy portalu aukcyjnym przedmiot za drobną kwotę, będąc przekonanym, że to oryginał warty wielkich pieniędzy. Niektóre reprodukcje jednak, są na tyle dobre, że również trochę kosztują i niestety ich właściciele, niekoniecznie odsprzedadzą je nam za symboliczne kwoty, ale w porównaniu do wartości oryginałów, to i tak groszowe sprawy.

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Magazyn

Magazyn

Nowość - Magazyn portalu RynekiSztuka.pl

Pobierz Magazyn Pobierz Raport 2016
MENU: