szukaj w portalu Rynek i Sztuka MENU:

„Nocą farba pachnie inaczej” – rozmowa z Wojciechem Brewką

13.05.2016

Aktualności, Wywiady

Wychowany w kulturze graffiti, projektował wrzuty i robił vlepki, by w końcu skoncentrować się na malarstwie sztalugowym. Wojciech Brewka – artysta, który sam określa swoje prace jako „melanż kolorów i ogólne wariactwo”. W przeddzień otwarcia indywidualnej wystawy pt. „My” w officyna art&design, artysta opowiada portalowi rynekisztuka.pl dlaczego trudno jest łączyć obowiązki właściciela galerii sztuki i artysty, a także dlaczego nie uważa się za artystę street artowego, choć Urban Art jest mu wciąż bliski. 

Portal rynekisztuka.pl: Jesteś współzałożycielem officyny art & design – galerii działającej w Warszawie od 2015 r. Czy mógłbyś przybliżyć profil i główną ideę tego miejsca?

Wojciech Brewka, źródło: materiały prasowe

Wojciech Brewka, źródło: materiały prasowe

Officyna, jak często powtarzamy, powstała z pasji do sztuki. Od samego początku chcieliśmy, by była miejscem, które tętni życiem i skupia wokół siebie entuzjastów sztuki. Tworząc ją ustaliliśmy, że będziemy promować prace najwyższej jakości, oferować szeroki wachlarz wydarzeń artystycznych oraz dbać o przyjazną atmosferę i satysfakcję naszych klientów. Wydaje mi się, że wszystko to w ciągu niespełna roku od powstania galerii, w mniejszym lub większym stopniu, udało nam się osiągnąć. Obrazy wielu z officynowych artystów cieszą się dużym powodzeniem zarówno wśród kolekcjonerów polskich, jak i zagranicznych. Organizujemy wystawy indywidualne i zbiorowe, wernisaże zdjęć, happeningi, różnego rodzaju warsztaty. Otwieramy swoją przestrzeń na spotkania z ludźmi kultury i sesje fotograficzne. Dbamy o to, by nasi goście czuli się u nas swobodnie i chcieli do nas wracać. Oferujemy też profesjonalne doradztwo artystyczne . Jednym słowem, staramy się, by działo się u nas dużo i dobrze. Pozytywny feedback, jaki otrzymujemy od osób, które nas odwiedzają, utwierdza nas w przekonaniu, że idziemy w dobrym kierunku. Oczywiście zdarzają się nam potknięcia, ale zawsze wyciągamy z popełnionych błędów wnioski. Ciągle jeszcze uczymy się, jak prowadzić fajną galerię, przyjazną sztuce i jej odbiorcom.

Officyna to projekt kolektywny – działa na zasadzie ciągłego ścierania się pomysłów czy raczej pełnej zgodności między prowadzącymi to miejsce?

Każdy pomysł, jaki powstaje, jest dokładnie omawiany. Wspólnie rozważamy wszystkie za i przeciw. Najwięcej emocji budzi przyjmowanie nowych artystów w szeregi galerii, gdyż każdy z nas nieco inaczej postrzega artyzm. Przy trudnych wyborach wspieramy się opinią współpracującej z nami historyk sztuki. Do naszej galerii aplikuje wielu twórców, ale z racji ograniczonej przestrzeni możemy wybierać tylko niektórych z nich. Musimy być zatem pewni, że nasz wybór był trafny. Zdarza się, że rynek sztuki koryguje nasze decyzje, ale na szczęście są to sporadyczne przypadki. Odpowiadając na to pytanie wprost, officyna jest tworem kolektywnym i jak najbardziej demokratycznym. Ścieramy się, ale zawsze udaje nam się osiągnąć kompromis.

Prócz działalności galeryjnej, realizujesz się przede wszystkim jako malarz. Trudno jest pogodzić te dwie aktywności, zupełnie przecież różniące się od siebie charakterem?

Bardzo trudno. Gdy współtworzyłem officynę, nie zdawałem sobie sprawy z tego, ile czasu i wysiłku będzie mnie jej prowadzenie kosztować. To trochę jak z zakładaniem np. restauracji – bardzo wiele osób o tym marzy, myśląc, że to „samograj”, ale rzeczywistość weryfikuje ich wyobrażenia. Moje też zostały zweryfikowane. Prowadzeniem galerii zajmują się na pełen etat cztery osoby, a to i tak, moim zdaniem, o dwie za mało. W ciągu dnia muszę kraść czas na malowanie, ale wieczory i noce są tylko moje. Jako właściciel galerii sztuki pracuję praktycznie przez całą dobę. Nawet w nocy mogą zrodzić się nowe pomysły na odczarowanie skostniałego tworu, jakim jest polski rynek sztuki. Officyna istnieje od niecałego roku, więc jesteśmy w zasadzie na samym początku drogi, jaka przed nami. Staramy się zbudować rozpoznawalną markę na rynku, a ten proces ma z twórczością artystyczną niewiele wspólnego. W tym przypadku bardziej liczy się umiejętność generowania dobrych i spójnych z koncepcją galerii pomysłów. Cały czas zatem działam jeszcze w schizofrenicznym rozdarciu  – z jednej strony jako promotor sztuki, a z drugiej jako artysta. I na razie nic nie zapowiada zmiany w istniejącej sytuacji. Bywają chwile, gdy jak dziecko nie mogę doczekać się końca spotkania lub jakiejś czynności organizacyjnej związanej z prowadzeniem galerii, by móc zacząć w końcu malować i wyrzucić na płótno to, co siedzi mi w głowie. Zdarza się sporadycznie, że maluję w trakcie spotkania, licząc na wyrozumiałość ze strony rozmówcy.

W twoich pracach nietrudno odczytać inspiracje sztuką miejską, sam jednak deklarujesz swoją odrębność od tego środowiska. Czym, oprócz środków wyrazu różni się Twoja sztuka od street artu sensu stricto?

Nie uważam się za artystę street artowego, bo z definicji wynika, że to twórca działający na ulicy. Kiedyś stworzyłem cykl obrazów: Street art, ale w domu, tak trochę na przekór. Miewam przelotne romanse ze sztuką ulicy, gdy nocami wychodzę na miasto, ale to, moim zdaniem, za mało by nazywać siebie street artowcem. Wychowałem się w kulturze graffiti, które w czasach mojej młodości było czymś zupełnie nowym i tajemniczym. Było dążeniem do świata, który oglądaliśmy w MTV. Kolekcjonowałem magazyn Ślizg, projektowałem tzw. wrzuty. Gdy tylko pojawiała się jakaś kasa, kupowało się za nią farby i malowało. Po takich początkach nie wyobrażam sobie, bym nie starał się w moich dojrzałych pracach przemycić odrobiny tamtej twórczości.

Cały czas powracasz jednak na ulicę, ozdabiając ją swoimi realizacjami. Traktujesz to jako osobny projekt artystyczny czy ciężko po prostu zrezygnować z pracy w przestrzeni miejskiej?

Z jednej strony miasto jest doskonałą sceną, by pokazać się szerszej publiczności. Z drugiej strony jednak mam z tyłu głowy świadomość, że jest to w większości przypadków działalność nielegalna. Tworzenie na mieście to trochę wyraz mojej nostalgii za czasami młodości. Pamiętam doskonale tamtą adrenalinę czy radość z porannego obserwowania tego, co się namalowało po zapadnięciu zmroku. Nocą farba pachnie inaczej.

Wojciech Brewka, źródło: materiały prasowe

Wojciech Brewka, źródło: materiały prasowe

Wielu artystów kojarzonych ze street artem w pewnym momencie swojej kariery zdecydowało się na realizowanie swoich pomysłów w mniejszej skali, na płótnie, w rzeźbie czy grafice. Istnieją jacyś konkretni artyści, którzy zainspirowali Cię do porzucenia ulicy na rzecz klasycznego warsztatu malarskiego?

Jak już wspomniałem, nigdy nie uważałem się za artystę street artowego, zatem nie czułem nigdy, że porzucam ulicę. Trendu przenoszenia sztuki ulicznej do galerii nie da się oczywiście nie zauważyć. Chyba wszyscy moi idole polskiego street artu popełnili już wystawy galeryjne. Szkoda tylko, że większość z nich przeniosła się na rynek zagraniczny.

Na tle aktualnie dominujących tendencji artystycznych Twoja sztuka wyróżnia się siłą ekspresji, powrotem do koloru, pop-artowością i graficznością. Jak przebiegał u Ciebie proces poszukiwania własnego języka artystycznego i jak dziś określiłbyś swój styl?

Wydaje mi się, że własnego języka, stylu tworzenia nie da się na siłę znaleźć. Tworzę prace, które czuję i które mi się podobają w ramach artystycznego przekazu, a nie estetyki rozumianej jako „ładność”. Maluję już od ponad 20 lat. Patrząc z perspektywy czasu, widzę w mojej twórczości ewolucję, ale na pewno nie rewolucję. Mój styl rozwija się powoli, małymi krokami. Nie ma w mojej działalności artystycznej takiego momentu, w którym można by zauważyć całkowite odrzucenie poprzednich koncepcji i rozwiązań malarskich i otwarcie nowych drzwi. Jest to raczej systematyczne dodawanie elementów do całej tej układanki, jaką jest sztuka by Brewka. W swoich obrazach operuję bryłami, niezależnie od tego czy ta bryła to człowiek, przedmiot czy zwierzę. Zawsze staram się przepracować główny temat obrazu po swojemu. Taka koncepcja tworzenia towarzyszy mi od pierwszych nieudanych szkiców w zeszytach szkolnych. Kolorystyka moich prac to efekt ciągłych eksperymentów. Kiedyś uważałem, że im bliższe rzeczywistości kolory obrazu, tym lepiej. Dziś uwielbiam kontrasty, zestawienia neonowych barw. Może za kilka lat będę potrzebował wyciszenia, stonowania. Na chwilę obecną jednak moje prace to melanż kolorów i ogólne wariactwo.

W planach Twoja indywidualna wystawa, której otwarcie odbędzie się 14 maja w officynie, przy okazji tegorocznej edycji Nocy Muzeów. Mógłbyś zdradzić kilka szczegółów dotyczących prac, jakie się na niej znajdą i tematu przewodniego? 

Wystawa nosi tytuł My i będzie pokazywać relacje międzyludzkie, tęsknoty ludzi, ich marzenia i postawy wobec innych z mojej perspektywy. Składa się z trzech cykli: My czyli ja, My czyli my i My czyli oni i ja. Pierwszy z nich to próba pokazania mojej osoby w trochę innym świetle. Drugi jest najbardziej osobisty i przedstawia mnie jako ojca i partnera. A trzeci to podsumowanie mojego postrzegania dzisiejszego świata. Zapraszam na wernisaż i życzę przyjemnego odbioru.

Dziękuję za rozmowę.

Bardzo dziękuję.

Wystawa Wojciecha Brewki „My” w officyna art&design czynna od 14 do 19 maja. Rozpoczęcie wystawy o godz. 19.00.

 

LOGO RiSi

szukaj wpisów które mogą Cię jeszcze zainteresować:

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Magazyn

Magazyn

Nowość - Magazyn portalu RynekiSztuka.pl

Pobierz Magazyn Pobierz Raport 2017
MENU: