szukaj w portalu Rynek i Sztuka MENU:
Stalowa

„Codziennie biję się z własnymi pracami i to mi odpowiada.” Rozmowa z Maciejem Durskim

16.03.2018

Aktualności, Wywiady

Przyglądając się biografiom artystów wizualnych różnych epok można odnieść wrażenie, że w przypadku wielu z nich sztuka nie była wyborem, ale wręcz wewnętrzną koniecznością. Wydaje się, że podobnie jest z balansującym na pograniczu abstrakcji i figuratywizmu Maciejem Durskim. Malarstwo uprawia on konsekwentnie już od trzydziestu lat. W rozmowie z Rynkiem i Sztuką artysta opowiada o początkach swojej twórczej pasji, malarskich ewolucjach oraz inspiracjach.

Czy pamiętasz swoje pierwsze doświadczenia ze sztuką? Kiedy rozpoczęła się Twoja artystyczna pasja?

Maciej Durski

Maciej Durski: Oczywiście, że pamiętam, do dziś czuję pulsujące od bólu paluchy. Dostawałem linijką w podstawówie za uprawianie dwóch rodzajów sztuki. Pierwszym z nich było smarowanie w zeszytach, drugim też smarowanie, tyle, że po szkolnych ławkach. Ten drugi rodzaj zdecydowanie bardziej mnie kręcił, niósł z sobą element ryzyka, co rehabilitowało mnie w oczach kolegów, którzy nie mogli na mnie liczyć na boisku szkolnym. Piłka mnie nie kręciła i było to dla moich kumpli trochę dziwne. Tak więc to jedne z lepszych w szkole rysunków ławkowych budowały moją pozycję w ich oczach. Dla dwunastolatka to ważny moment w życiu. Dziś można by nazwać to działanie połączeniem street artu z malarstwem akcji- tyle że bez użycia farby. Zresztą farba nie bardzo miałaby sens, bo w tamtych czasach dostępne były tylko trzy kolory: jasny, średni i ciemny orzech. Niewiele się od siebie różniły i zawsze którymś z nich pomalowane były nieszczęsne ławki. Byłoby to więc malowaniem „bielą po bieli”, a że Malewicz już to trzepnął, nie miałoby większego sensu próbować go dogonić. Tak więc pozostawał długopis, a po prezentach choinkowych mazaki, dopóki się nie pogubiły. Myślę, że to był ten czas- czas narodzin pasji, czas, w którym kolejno gryzmoliłem po szkolnych ławkach i dostawałem po łapach. Taki nawet happening nam się zrobił… Nie pomyślałem o tym wcześniej.

Wspominasz, że Twoja artystyczna droga naznaczona była eksperymentami. W swojej sztuce łączyłeś elementy rzeźby czy kolażu. Dlaczego więc ostatecznie wybrałeś klasyczne medium, jakim jest malarstwo?

MD: Wyborem nazwałbym raczej to, że w którymś momencie postanowiłem malować codziennie, bo zorientowałem się, że dyscyplina mi służy. Następnym było zamkniecie firmy i zajęcie się tyko malarstwem. To były wybory- wymagały podjęcia decyzji, których skutki mogły okazać się rożne. Natomiast to, w jaki sposób dziś realizuję swoje prace jest raczej konsekwencją nabytych doświadczeń, eksperymentów i zabawy ze sztuką. To prawda, że konstruowałem swoje prace wykorzystując materiały nie do końca stworzone do budowania obrazów w klasycznym tego słowa znaczeniu, ale nie było i nie jest to zjawiskiem ani nowym, ani odkrywczym w sztuce współczesnej. Istotne było raczej to, co pchało mnie do podejmowania takich działań. To otwartość na to, co udawało mi się raz na jakiś czas dostrzec w świecie, w którym żyjemy. Nie były to przedmioty czy zjawiska szczególne. Interesujący był raczej kontekst, w którym miałem szczęście je zobaczyć. Jakieś dwadzieścia lat temu oglądałem obrazy wystawiane przez malarzy na poznańskim rynku. Było tam wszystko- od przysłowiowych jeleni po abstrakcję geometryczną. W pewnym momencie moją uwagę przykuł świetnie namalowany portret, taki trochę na pograniczu abstrakcji. Okazał się fragmentem dużych drzwi od skrzynki elektrycznej wmontowanej w elewację budynku. z pozdzieranymi warstwami farby i rdzą. Powstał za sprawą przypadku, a był lepszy od wszystkiego, co do tamtej pory zrobiłem. To daje do myślenia. Kilka lat później pomagałem rodzicom upiększyć dom. W tamtych czasach nikt nie obrabiał okien rodzajem ramy dookoła. Były osadzane w prostokątnych otworach, co wyglądało dość smutno. Praca polegała na doklejeniu styropianu, pokryciu go klejem oraz pomalowaniu. Szybko zorientowałem się, że surowa szara warstwa kleju przed wygładzeniem wygląda bardzo dobrze. Tak powstały grube na 10 cm reliefy, w których zatopiłem do połowy jednokolorowe bombki choinkowe. Wieszane były na ścianie tak, by odstawały od niej na 6 cm. Wyglądały, jak wiszące w powietrzu, ciężkie płyty betonowe. Trzy z nich znajdują się do dziś w moim domu i wyglądają świetnie. Zrobiłem ich kilkanaście, wszystkie bardzo szybko znalazły dla siebie miejsce. Ale zaczęło mi przeszkadzać to, że robiły się właściwie same. Nie mogłem iść w tym kierunku również dlatego, że środki wyrazu były bardzo ograniczające. Takich eksperymentów przez ostatnie trzydzieści lat było sporo, wszystkie pomagały mi się rozwijać. I choć dziś moje malarstwo wygląda na dość tradycyjne pod względem techniki, to stało się zlepkiem tych wszystkich doświadczeń. Tak więc, odpowiadając na pytanie, to nie za sprawą podjętej decyzji robię dziś to, co robię, a raczej w wyniku swoistej ewolucji i poszukiwań środków, za pomocą których mogę zbliżać się do przeniesienia na płaską powierzchnię obrazu tego, co czuję.

Z wykształcenia jesteś socjologiem. Czy zainteresowanie społeczeństwem znajduje odzwierciedlenie w Twoich obrazach?

MD: Wybór studiów nie był przypadkowy, ale i nie miał związku ani z moją sztuką czy z późniejszą pracą. Skończyłem socjologię, ponieważ była to dziedzina, która w tamtym czasie najzwyczajniej mnie ciekawiła. Nigdy w sensie zawodowym nie wykorzystałem nabytej wówczas wiedzy. Stała się jednak nieocenioną podczas normalnego życia. Kontaktów z ludźmi, rozumienia ich reakcji, zdobywania celów. Utrzymywania przyjaźni, budowania tolerancji. To bardzo fajne studia, które mogę polecić każdemu, kto ma wolne najbliższe pięć lat. Naprawdę warto.

Twoje obrazy opierają się na przedstawieniach ludzkich twarzy, sylwetek. Wyraźnie można odczytać w nich jednak znamiona abstrakcji, obecnych w plamach rozmazanej farby, nieokreślonych kształtach. Jak Ty sam definiujesz swoje malarstwo?

Maciej Durski, Pielgrzym, 2017, źródło: dzięki uprzejmości artysty

MD: Przedstawieniowość, o ile można użyć takiego słowa w odniesieniu do moich obrazów, zawsze miała charakter wtórny. Była i jest wynikiem przypadku i inspiracji obrazem, który powstaje. Nie jest to jakieś założenie programowe, wszystkie moje prace powstają jako abstrakcje niemające odniesienia do rzeczywistości. Ten typ podejścia daje fajną swobodę w tworzeniu, nie narzuca bowiem od samego początku jakichkolwiek ograniczeń, co do ostatecznego kształtu pracy. Dla mnie to bardzo istotne bo pozwala mi na codzienne odkrywanie tego, co w obrazie siedzi. Ale i również na nieprzywiązywanie się do tego, co już powstało. To bardzo ważne, bo pozwala swobodniej wprowadzać zmiany lub usuwać fragmenty już gotowe, które z jakichś względów, najczęściej formalnych z obrazu muszą zniknąć. Staram się więc jak najdłużej pracować na abstrakcyjnej bazie. Nie ukrywam jednak, że pojawienie się w obrazie postaci jest nieuniknione, a wyciągniecie jej w odpowiednim momencie z niego jest dość ekscytujące. Czasem moment ten pojawia się zbyt wcześnie i rzadko okazuje się to dobrą drogą. Staram się więc temu zapobiec, zamalowując nachalnie wyłaniający się fragment lub obracając go, co czasem wychodzi mu na dobre a czasem zmusza do przemalowania sporej części. Niemniej jednak chwila wyłonienia się postaci lub jej fragmentu przychodzi i chyba daje mi to poczucie nawiązania kontaktu z tym, co w obrazie było ukryte. Zazwyczaj jest to najlepszy czas na odstawienie obrazu, który przez chwilę trwającą do kilku dni wydaje się być skończony. Pozostawienie go w pracowni na dłużnej grozi mu lekką korektą, która często kończy się namalowaniem na nim drugiego, który czeka ten sam los. Tak więc muszą znikać szybko. Do niektórych z nich miewam lub miewałem dostęp i, gdy po latach widzę je na cudzych ścianach, to myślę, że system się sprawdza. Mam też dostęp do zdjęć tych, które zostały zamalowane i nie do końca jestem pewien, czy słusznie.

Jakie znaczenie ma dla Ciebie w malarstwie forma- kolorystyka, faktura, kompozycja?

Maciej Durski, Nibylandia, 2017, źródło: dzięki uprzejmości artysty

MD: Obraz jest formą, kolorem i fakturą. Bez tych komponentów nie istnieje. Jest swoistą konstrukcją zbudowaną z tych elementów. I są one, przynajmniej dla mnie, niezbędne do stworzenia dzieła. Są to elementy, nad którymi pracuję przed nadaniem pracy charakteru przedstawieniowego i drogą dochodzenia do efektu końcowego. Wszystkie barwne plamy, linie, figury pojawiają się w moim malarstwie celowo i, nawet jeśli nałożone zostają za pomocą gestu  bądź odkrycia warstw już wcześniej zamalowanych, decyzja o pozostawieniu ich jest już w pełni świadoma. Często zdarza mi się na dłużej zostać przy detalu, małym fragmencie, nad którym pracuję godzinami, a który to fragment znika na pewnym etapie pracy, bo po prostu nie siedzi w kompozycji. Faktura najczęściej jest wynikiem samego sposobu malowania i powstaje jako efekt uboczny, ale również pozostaje na obrazie w wyniku świadomie podjętej decyzji. Często dodaje pracy ekspresji i zamierzonej niechlujności, nadając całości charakteru przypadkowości. Największym problemem w sensie formalnym pozostaje kolor, który jest chyba w malarstwie najistotniejszy. Podejmowanie wyborów dotyczących zestawienia barw przysparza wiele trudności, zwłaszcza jeśli nie opierasz się na naturze. Rozwiązanie problemów kolorystycznych jest więc momentem, który przybliża proces malowania do końca. I choć nigdy nie mam pewności, co do tego, czy wszystkie elementy składowe ze sobą współgrają, to jednak nie ma za bardzo wyboru, bo ilość alternatyw jest nieograniczona . To rodzaj kompromisu, który pozwala ukończyć pracę i pozwala kontynuować ją w następnym obrazie.

Jak opisałbyś własne malarstwo pod względem stosowanej techniki?

MD: Technika, której używam w swoich realizacjach jest bardzo ważna ze względu na metodę dochodzenia do efektu końcowego, ale dotyczy to chyba wszystkich twórców. Sposób, w jaki nakładam kolor, uzyskuję walor, prowadzi do określonego efektu, który jestem w stanie zaakceptować. Jest on zlepkiem wszystkich wcześniejszych doświadczeń. Maluję na bardzo grubo zagruntowanych płótnach bądź płytach. Często podkłady te nałożone są fakturowo. Wynika to ze sposobu uzyskiwania waloru. Jaśniejsze partie obrazu powstają zazwyczaj nie przez dodanie bieli do bazy farby a przez odkrycie bieli, która jest częścią podkładu i przemalowaniu jej cienką warstwą przeźroczystego koloru. Podczas stosowania takich zabiegów pojawiają się również przypadkowe efekty, stanowiące inspirację do podejmowania dalszych kroków. Pozwalają one na świeżość widzenia na każdym etapie pracy. Często bywa to dość kłopotliwe, bo odkrycie wcześniej zamalowanej warstwy, zmienia układ kompozycyjny i nierzadko prowadzi do zmian w całym obrazie. Niemniej jednak, to właśnie w ten sposób pojawiają się zazwyczaj formy przedstawiające na moich obrazach. Przetarty bądź kompletnie zdarty fragment uwalnia w pewnym momencie kształt, mający swój odpowiednik w naturze. Raz jest to element ciała, innym razem twarzy bądź jej części. Podejmuję wówczas decyzję, czy jest to właściwy czas na nadanie obrazowi charakteru figuratywnego. Jest to też chwila, w której muszę zdecydować się na zamalowanie czasem sporej części obrazu, by np. do pojawiającej się twarzy dopasować korpus zbudowany z abstrakcyjnych form znajdujących się poniżej. Znikają wtedy części, nad którymi pracowałem bardzo długo i nie ukrywam, że są to dość trudne decyzje. Nie łatwo bowiem jest rozstać się z częścią pracy, której poświeciłeś tydzień. Coraz bardziej skłaniam się więc do podjęcia decyzji o powrocie do kolażu, tym razem jednak z wykorzystaniem materiałów pochodzących z moich własnych obrazów. Wymusiłoby to wprowadzenie pewnych zmian czysto technicznych, czyli naklejenie części płócien na płyty. Jednakże twardy materiał pod pędzlem i tak bardziej mi odpowiada. Zwłaszcza, że i tak większość moich obrazów malowana jest na płótnach naciągniętych na twarde podłoże. Dopiero po skończeniu trafiają one na krosna.

Jak przez lata twórczości artystycznej zmieniało się Twoje podejście do sztuki? Jak przebiegała Twoja artystyczna droga?

MD: To dość szeroki temat i nie wydaje mi się, by istniała możliwość zamknięcia go w kilku zdaniach. Ponad trzydzieści lat zajmowania się sztuką to spory przedział czasowy. Mnóstwo doświadczeń, zmian w sposobie malowania i myślenia. Dwa oblane egzaminy na poznańską Akademię Sztuk Pięknych i podjęcie decyzji o wyjedzie do Włoch. Nie miałem w tamtym czasie ochoty na dobicie do pięciu prób dostania się na uczelnię, choć wywiad i statystyki pokazywały, że za piątym razem dostają się wszyscy. Zresztą forma egzaminu malowania na czas nie bardzo mi odpowiadała. Tak więc zdecydowałem się wyjechać. Capri, bo tam się znalazłem, okazała się fajnym miejscem, a dochody z pracy przewyższające moje potrzeby pozwoliły mi na zajmowanie się malarstwem. Później był powrót do Polski i wyjazd do Norwegii. Zmieniające się pracownie i lata spędzone na malowaniu- pełne eksperymentów i poszukiwań trwających do dziś. Okresy odkrywania nowych środków wyrazu i powroty do prostej formy. Nie łatwo jest przywołać w pamięci momenty zwrotne, ale wydaje mi się, że tym najważniejszym było przyłapanie się na stopniowym wytracaniu fascynacji dotyczących cudzej twórczości i skupienie się na własnej pracy, która zaczęła być wyraźnie dominująca wśród zainteresowań związanych ze sztuką w ogóle. To moment, w którym zaczynasz odczuwać własne prace, nie porównując ich do niczego wkoło. To pewien rodzaj zrzucenia balastu, który, jak dziś myślę, do pewnego momentu był nie tylko potrzebny, ale wręcz niezbędny, by móc się rozwijać, ale, który w samoistny sposób powoli gdzieś zniknął. To bardzo dobry stan umysłu pozwalający na cieszenie się bądź zmaganie z własna twórczością przy jednoczesnym odbiorze tego, co w sztuce jako takiej się dzieje, bez niewygodnych obciążeń.

Inną rzeczą jest wyprowadzenie własnej sztuki z pracowni do przestrzeni publicznej. Ta część przez całe te lata jakoś mi umykała. Po powrocie z Włoch zwróciłem się do kilku, wówczas jeszcze państwowych, galerii z propozycją przyjęcia moich prac. Do współpracy z żadną z nich jednak nie doszło. Być może spędzałoby mi sen z powiek to, gdyby powodem był poziom prac, ale argumentem dla każdej z instytucji był mój brak artystycznego wykształcenia, czyli niebycie członkiem Związku Artystów Plastyków. Ta sytuacja nie tyle mnie zmartwiła, co raczej rozbawiła. Nie miałem parcia na istnienie w galeriach. Prace nie pozostały długo w pracowni, więc ta sytuacja nie martwiła mnie zbytnio. Oczywiście przyszedł później czas, w którym zaczęto otwierać galerie przyjmujące prace artystów, kierując się innymi kryteriami niż tylko wykształcenie, ale wtedy już mnie to nie obchodziło.

Niemniej jednak zdecydowałeś się pod koniec ubiegłego roku wystawić swoje prace w warszawskim Quadrillionie.

MD: Tak, to prawda. Właścicielka Quadrillionu, Carmen Tarcha, po zetknięciu się z tym, co robię, zaproponowała mi zorganizowanie wystawy. Wzięła na siebie wszystkie prace logistyczne związane z tym wydarzeniem i doprowadziła je do końca. Znalazło się tam kilkadziesiąt obrazów, które zebrane w jednym miejscu zagrały ze sobą inaczej niż w pojedynkę. Wystawa okazała się bardzo udana, więc kontynuujemy współpracę. Ale doszło do tego przypadkiem.

Jak wygląda Twój proces twórczy?

MD: To rodzaj niszczenia i powoływania do życia na nowo części lub całości obrazu, któremu na przemian towarzyszą uczucia zadowolenia i frustracji. Przeważającą cześć stanowi jednak frustracja. Brzmi to może dość surrealistycznie, jednak zetknięcie się z materią, która nie pozwala się okiełznać potrafi być bardzo irytujące. Podejmowanie decyzji dotyczących tego, co zrobić z częściami obrazu, które wieczorem uznane były za dobre i skończone, natomiast następnego dnia rano są postrzegane jako beznadziejne lub co najmniej nie do przyjęcia, nie przysparza wielu pozytywnych emocji. Trzeba wówczas wszystko drzeć i szukać rozwiązania. Pozytywną częścią tych działań jest jednak nowa jakość, będąca wynikiem tych zabiegów. Zabiegów, których suma buduje całość. Nie potrafię i chyba też nie chcę planować tego, co robię. Nigdy nie kończyło się to dobrze i zawsze zalatywało plastikiem. Ponadto, realizując zaplanowaną wcześniej kompozycję, mam wrażenie, że coś odtwarzam. Jakbym kopiował własny projekt. Poza tym musiałbym pomijać wszystkie niespodzianki, które odkrywa przede mną obraz. Tak to pokrótce wygląda. I chyba inaczej nie potrafię, nawet jeśli wydłuża to pracę, a czasem nigdy nie doprowadza jej do końca.

Którzy artyści szczególnie Cię inspirują?

MD: Temat artystów inspirujących innych artystów nie należy do najwygodniejszych, zwłaszcza dla tych drugich. Dzieje się tak głównie z powodu troski o własny indywidualizm, niepowtarzalność i chęć bycia sobą. Nie da się jednak uciec od tego, co nas otacza, a zetknięcie z dziełem sztuki, które nas porusza niewątpliwie pozostawia ślad mogący zmaterializować się we własnej realizacji. Myślę, że to nieuniknione i bronienie się przed tym jest dość bezcelowe. Nie wiem też, czy ma sens odmawianie sobie możliwości skorzystania z dorobku innych, bo przecież stanowi on nieocenione źródło nowych motywacji do własnego działania. Pamiętam moje spotkanie, dłuższe lub epizodyczne, z dziełami, które wywarły na mnie wpływ i wracam do tych momentów raczej z poczuciem szczęścia, że było mi to dane, niż obawy o własne prace. Wielu z tych artystów, niekoniecznie malarzy, rozmyło mi się w pamięci. Są jednak i tacy, których dzieła wciąż we mnie siedzą, nie przestając wzruszać, zastanawiać, intrygować. Myślę tu o takich artystach, jak Richard Serra, Chuck Close, Matthew Barney, Sterling Ruby, Mark Rothko, Anselm Kiefer. I choć ciężko byłoby dopatrzeć się w moich pracach wpływu tych wielkich twórców, to wiem, że był on ogromny. Inspiracja może bowiem wychodzić poza materialny obraz dzieła, a skutek jej wpływu nie musi przybierać formy zbliżonej wizualnie do obiektu zachwytu. Rozmawialiśmy wcześniej o takich elementach obrazu, jak forma, kolor, kompozycja, faktura, które jednak, pomimo że w mojej ocenie są istotne, to nie stanowią jednak same w sobie ostatecznego celu. Są rodzajem pomostu, za pomocą którego artysta próbuje dotrzeć do widza bądź samego siebie z głębszym przesłaniem. I nie ma znaczenia czy ma ono charakter intelektualny, informacyjny, społeczny czy emocjonalny. Dzieło próbuje lub powinno próbować za pomocą zawartych w sobie komponentów wcisnąć się w odbiorcę. I w tym sensie wiem, że spora część artystów, z których pracami udało mi się zderzyć w rożnych okresach mojego życia i etapach twórczości, pokazywała mi, że jest to możliwe. Świadomość tego, że inni już to zrobili daje mi rodzaj poczucia sensu i usprawiedliwia dla wykonywania tak absurdalnej czynności, jaką jest nakładanie godzinami przez lata kolorów na różnej wielkości płótna.

Ostatnie realizacje pokazują, iż stosowana przez Ciebie paleta barwna stała się bardziej wyrazista, a przedstawienia coraz częściej przybierają formę portretów. W którą stronę zmierza Twoje malarstwo?

MD: To prawda, że obrazy namalowane jesienią ubiegłego roku są bardziej soczyste w kolorze i agresywniejsze w formie. Stało się tak jednak za sprawa przypadku. Pracownia w której obecnie tworzę ma okna od zachodniej części. Zwykle mój dzień pracy jest dwuetapowy. Zaczynam około dziesiątej rano, około piętnastej robię przerwę i wracam o szesnastej, szesnastej trzydzieści, maluję wówczas do dwudziestej, dwudziestej pierwszej, czasem dłużej. Miniona jesień była pierwszą w tym obiekcie i okazało się, że wcześniej niż latem, zachodzące słońce zaczęło wpadać przez okna, a jego niskie położenie w połączeniu z ciepłą barwą oświetlało obrazy inaczej niż rano. Doprowadziło to do sytuacji w której do południa malowane prace zupełnie inaczej wyglądały po moim powrocie. Wyglądały jednak na tyle ciekawie, że postanowiłem ten efekt w nich umieścić na stałe. Nie obyło się jednak bez dylematu dotyczącego koloru „prosto z tuby”, czystych żółci i błękitów, których prostota i łatwość wykorzystania nie dawały mi pewności, co do słuszności podjętej decyzji. Postanowiłem jednak pokierować się intuicją. Inaczej niż zwykle pojawiły się na nich elementy przedstawiające. Kolorowe płaszczyzny, coraz bardziej zaczynały przypominać materiały, tkaniny, nie widziałem więc powodu, by nie ubrać w nie modelki. Pojawiły się więc twarze zaczerpnięte z internetowych przeglądarek i tak powstał ten dość krótki cykl, który stał się motywem przewodnim jesiennej wystawy w Quadrillionie.T aka jest geneza dotycząca tej serii. Teraz mamy zimę, paleta nieco zgasła i to dobrze. Ciekawy jestem wiosny, zobaczę co przyniesie.

Jakie są Twoje cele jako artysty na najbliższe 5 lat?

MD: Pięć lat to bardzo długi okres. Nie wydaje mi się sensownym planowanie czegokolwiek. Nie mam zamiaru niczego zmieniać, dobrze się czuję tu, gdzie jestem i z tym, co robię. Bije się codziennie z własnymi pracami. To mi wystarcza i odpowiada.

fot. (góra) Maciej Durski, Zaplątani, 2017, źródło: dzięki uprzejmości artysty

Rynekisztuka.pl

szukaj wpisów które mogą Cię jeszcze zainteresować:

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Magazyn

Magazyn

Nowość - Magazyn portalu RynekiSztuka.pl

Pobierz Magazyn Pobierz Raport 2017
MENU: