szukaj w portalu Rynek i Sztuka MENU:
Aukcja Sztuki Dawnej i Współczesnej – FaceToFaceArt Artekspozycje -Brazy Wilkonia 2

Felieton: W czym tkwi istota pracy art konsultanta?

24.04.2018

Aktualności, Ciekawostki

Paryż, Musée Marmottan Monet. Pejzaż. Zatoka portowa, zasnute poranną mgłą maszty przycumowanych okrętów. I coś, co przykuwa uwagę- pomarańczowa kula słońca rzucająca na wodę swoje odbicia. Patrzę na obraz, a w mojej siatkówce oka zachodzi biologiczny proces hamowania obocznego. To zadanie wykonuję podświadomie, wykształciła je ewolucja. Zmysł wzroku ciężko pracuje, odcinając przedmioty od płaszczyzny tła, podbijając różnicę pomiędzy krawędziami, szukając konturu, aby oddzielić rzeczy od siebie. Muszę rozkodować luminację oraz barwy. Mija kolejna minuta, a ja wciąż wpatruję się w obraz, nie mogąc oderwać wzroku, dopóki mózg nie rozstrzygnie zagadki: „dlaczego ta pomarańczowa plama na niebieskim tle pulsuje? A może wcale jej tam nie ma?”

Długo zastanawiało mnie, dlaczego Monet, malując, jakby celowo skupiał się na głównych kolorach o tej samej jasności. Nie wgłębiłam się też zbytnio w znaczenie pojęcia „impresja”. Do czasu… Zanim wyjaśnię do czego zmierzam, chciałabym zaintrygować historią jeszcze jednego genialnego malarza. Wszyscy słyszeliśmy o Leonardzie Da Vinci i jego technice sfumato– zacierania konturu. Nie wszyscy jednak wiemy, że nasze oko widzi ostro dzięki tak zwanemu dołkowi centralnemu. Dołek centralny ma zasięg ostrego widzenia w zaledwie 0,3%, podczas gdy 97,7% stanowi tak zwane widzenie peryferyjne. Absolutnie nieostre. Leonardo da Vinci może i nie miał precyzyjnej wiedzy optycznej, ale był naukowcem i przeprowadzał eksperymenty. Wiedział o ułomnościach człowieczego wzroku, dlatego z premedytacją w swoich obrazach poszerzał pola przejścia pomiędzy „jasnym i ciemnym”, po to, aby nasz system poznawczy wprawić w dodatkowe zakłopotanie. Malował tak, abyśmy nie widzieli gdzie coś się zaczyna, a gdzie kończy i jaki ma kształt. Da Vinci chował obraz za mgłę, żeby nie można było dojrzeć, gdzie przebiega linia konturowa. Gdyby analizować obrazy Leonarda z punktu widzenia recepcji- sposobu odbierania ich przez system wzrokowy na poziomie siatkówki- to niewiele na nich widać. A skoro niewiele widać, to pozostaje bardzo wiele pola do popisu dla interpretacji. Każdy z nas, patrząc na Mona Lisę czy Jana Chrzciciela w sposób czysto projekcyjny, rzutuje więc na te obrazy swoje własne stany umysłu i swoje nastawienia emocjonalne, ponieważ odbierając obraz, musimy sparametryzować to, co widzimy. Musimy to zrobić, ponieważ nasz mózg nie ma możliwości nieprzeprowadzenia analizy obiektu. Musimy wykluczyć ewentualne zagrożenie! Wyjątkowo lękliwy z nas przecież gatunek.

Od kiedy fotografia zaczęła odzwierciedlać rzeczywistość, malarstwo znalazło sobie nową drogę, którą podąża dziarsko z coraz to większą bezczelnością. Malowanie stało się próbą zabawy z czymś, co przestało być rzeczywistością. To zupełnie nowa kategoria–masowe zjawiska złudzeń zapoczątkowane oficjalnie już w XIX wieku przez zuchwalca Moneta. Zrozumiałam, czym jest „impresja”- oznacza „wrażenie”.

Dzisiaj oglądamy obrazy w taki sposób, jakbyśmy stali przed lustrem. Jeśli jesteśmy puści– nie widzimy nic. Jeśli jesteśmy słabi, patrzymy na podłożone z premedytacją idee i pozwalamy im dowolnie się programować. Nasz mózg dopowiada sobie to, czego niedowidzi, korzystając z biblioteki w katalogu naszych wspomnień. Niesłychanie ważnym staje się zatem to, co przechowujemy w naszych pamięciach. Oczywiste staje się również to, że współczesna sztuka, skoro wykorzystuje zjawisko percepcyjne odczytu, które uzależnione od doświadczeń pojedynczego mózgu, jest w swym odbiorze szalenie indywidualna. Może właśnie dlatego, stała się tak trudna w czytaniu znaczeń i tak niejednoznaczna? Zmieniły się też metody jej oceny i krytyki. Ale czy na pewno?

Zapytano mnie o metodologię pracy „Art Konsultanta”. Można odnieść wrażenie, że zawód ten uprawia „ekspert w dziedzinie”. Najlepiej historyk sztuki z doświadczeniem instytucjonalnym (muzealnik), który potrafi odróżnić dzieło autentyczne od falsyfikatu, wydaje ekspertyzy i udziela porad, stanowiąc tym samym pewien tryb w machinie nazywanej Rynkiem Sztuki. Zanim podzielę się swoimi doświadczeniami, chciałabym obnażyć te wyobrażenia i wskazać na oczekiwania, jakie powinniśmy mieć wobec idei tego zajęcia w kontekście tego, o czym napisałam powyżej, a co dotyczy sztuki współczesnej. Po pierwsze zrezygnujmy z szufladkowania za pomocą dyplomów szkół wyższych. Systematyzowanie to ograniczanie się w dogmatach. Nie kończyłam historii sztuki, ale przeczytałam wiele książek i odwiedziłam setki wystaw. Podróżuję i rozmawiam z ludźmi, z przyjemnością oddaje się własnym poszukiwaniom, spędzając długie godziny w bibliotekach. Wiem, że ze sztuką należy obcować nie tylko przy pomocy narządu wzroku, ale też poczuć ją innymi zmysłami. Aby poznać obraz należy się z nim spotkać osobiście. Ograniczanie się do katalogów, reprodukcji czy cudzych opracowań kaleczy poglądy. Mam wielu znajomych wśród właścicieli galerii i kolekcjonerów, wymieniamy się doświadczeniami. Jeżdżę na targi, sympozja, wykłady i zaprzyjaźniam się z artystami, przesiadując w ich pracowniach. Rozmawiam, pytam, dociekam. Sama również maluję. Doradzanie w wyborze dzieła sztuki to wielkie wyzwanie na polu mediacji. To trudne stać „pomiędzy” wiedzą i umiejętnościami artystów, a rozumieniem współczesnego odbiorcy. W mojej pracy nie wydaję ekspertyz i nie analizuje trendów. Ograniczam swoje zadania do integracji dwóch światów : kreacji i percepcji. Wiem też dlaczego nabyłam swój pierwszy obraz i wiem, dlaczego nigdy się z nim nie rozstanę.

Michel Foucault powiedział kiedyś, że sztuką jest taniec rozkoszy z mózgiem. Lubię to określenie, choć uzupełniłabym je o stwierdzenie, że ową „rozkosz” powinna potęgować refleksja i wmyślanie się w inność rzeczy. Jako pośrednik pomiędzy artystą, jego dziełem i odbiorcami mam do spełnienia ważne zadanie– edukować i likwidować bariery. Dlatego nie utożsamiam pojęcia sztuki jedynie z jej historią. Jestem żołnierzem na poligonie doświadczalnym dla filozofii i psychologii, neurologii, biologii, a ostatnio nawet dla literatury. Tymczasem pewne elementarne pojęcia w sztuce są wciąż niewyjaśnione lub zatopione w mętnej frazeologii. Intelekt zawsze był niedoceniany, ale poniekąd jest sam sobie winien- wciąż preferuje się nudne teksty i zawiłe dywagacje. Pomimo że właściwie reprezentuję kuratorską brać, mam osobiste zastrzeżenia do sposobów, w jaki tworzy się artykuły, choćby takie o wystawach. Z przykrością stwierdzam, że to właśnie dzisiejsze teksty- te kuratorskie i te krytyczne- pełne niepotrzebnej słownej ekwilibrystyki, są w stanie ukatrupić najlepsze wydarzenie artystyczne. Czas aby ktoś wreszcie miał odwagę krzyknąć : „Król jest nagi!”. Sztuka się zmienia, muszą się zmienić formy zachęcania ludzi do obcowania z nią.

Moje zainteresowanie małżeństwem prywatnych kolekcjonerów oraz kilka rozmów przeprowadzonych z nimi naprowadziło mnie na pewien szalony pomysł, który właśnie nieśmiało realizuję. Przetransponowanie języka sztuki na język ogólnoludzki jest aktualnym wyzwaniem. Dziękuję Państwu Grażynie i Jackowi Łozowskim za wsparcie i zaufanie. Wkrótce pojawią się pierwsze publikacje, utrzymane w konwencji literackiej, która to ma pozwolić odbiorcy utożsamić się obrazem i artystą oraz zachęcić do własnych, osobistych przemyśleń. Czy projekt ma szanse powodzenia? Czas pokaże. Zawsze najtrudniej jest zacząć.

Wracając do zajęcia, jakim jest mediowanie w sztuce współczesnej (bo tym jest dla mnie zawód jaki uprawiam), przyznam, że prócz predyspozycji artystycznych, wymaga on ciągłej nauki, pasji i determinacji. Ta zaś wynika ze świadomości tego, czym jest dziś sztuka dla ludzi. Człowiek rodzi się jako wybryk natury, będąc jej częścią i jednocześnie ją przekraczając. Musi odkryć zasady działania, ale, aby podejmować decyzje, powinien mieć układ odniesienia, który pozwoli mu zbudować spójny obraz świata. Musi walczyć nie tylko z groźbą śmierci, głodu i cierpienia, ale też z innym niebezpieczeństwem, które jest właściwe tylko człowiekowi– z nudą i obłędem. Pryzmat piękna jest tu potężnym narzędziem. Lekceważenie go jest zbrodnią nie tylko dla umysłu. Obcowanie ze sztuką wzbogaca nas, jest swoistą karmą dla ducha, nadaje sens naszemu istnieniu. Jest miejscem spotkania różnorodności ludzkiej wyobraźni z naszą wrażliwością emocjonalną. Obrazy w jaskini we Francji czy ozdoby na pierwotnych wyrobach ceramicznych, ale i bardziej zaawansowane formy sztuki nie mają żadnego praktycznego celu. Ich zadaniem jest pomóc w przetrwaniu ducha człowieka. Pozbawiony sztuki człowiek cierpi porównywalnie, jak z powodu głodu. Tymczasem stadium braku świadomości wśród naszego polskiego społeczeństwa jest zatrważające. Może dlatego jesteśmy narodem malkontentów?

Prowadzę z mężem biuro projektowe i nazbyt często borykamy się ze zjawiskiem ignorancji wobec wartości, jaką jest tworzenie i wobec siły, jaką jest inspiracja. Trafiają do nas klienci detaliczni. Jeśli już pojawia się u nich impuls i chęć zakupu działa sztuki, to zwykle dzieje się to z niskich pobudek. Obraz ma być dopasowany do mebla, do koloru ścian lub dywanu, do wolnej przestrzeni nad kanapą. To powierzchowne podejście jest wypadkową tego, jak powierzchowny jest dzisiejszy świat. Motywem zakupu bywa moda lub, co gorsza, chciwość. Zdarzają się bowiem klienci traktujący sztukę tylko jako produkt czy przedmiot obrotu na rynku sztuki, który postrzegamy w kategoriach giełdy, gdzie celem jest tanio kupić, drogo sprzedać, gdzie liczy się rentowność i chęć zysku.

To nie wartość inwestycyjna obrazu, ale radość z samego obcowania ze sztuką jako bytem intelektualnym i duchowym determinuje sposoby mojej pracy oraz jest jej motywacją. To ambitny cel- pomóc rynkowi wejść w nowy etap pogłębionego odbioru sztuki, gdzie dzieło w domu czy w biurze świadczy o stopniu świadomości i myśleniu perspektywicznym jego mieszkańców. Współczesny człowiek żyjący w społeczeństwie technologicznym nie musi wcale pozostać trybikiem maszyny, nie musi dać się manipulować przez system (który sam stworzył) i wegetować bezmyślnie w wykreowanym „dobrobycie”, tylko po to, aby coraz więcej konsumować. Współczesny człowiek może dzięki sztuce posiąść rodzaj łaski i powód do dumy, radość, że z własnej pracy może nabyć materię czyichś myśli, dzieło które stworzył Artysta. Jeśli zdefiniować twórczość jako przeciwieństwo eskapizmu (a tym dla świata stała się dziś zachłanna i bezmyślna konsumpcja), możemy traktować przebywanie ze sztuką jako lekarstwo. Nie uciekamy wówczas od świata, ale uczymy się go tworzyć, obcując z tym, co wykreowali inni i pozwalając się inspirować. Żyjemy przecież tak długo, jak długo jesteśmy zaciekawieni. Lepiej, abyśmy żyli świadomie, wiedząc, że spełnione życie możemy wieść wtedy, gdy obcujemy z pięknem jako tajemnicą, zagadką i tym „interesującym napięciem”. Może wtedy samo życie będzie dla nas sztuką, a może to sztuka sprawi, że odkryjemy, czym jest dla nas naprawdę nasze człowieczeństwo? Nie bójmy się spojrzeć w lustro.

Autorką tekstu jest Zyta Misztal-Tomecka – absolwentka Uniwersytetu Ekonomicznego w Katowicach i Wyższej Szkoły Bankowości i Finansów w Bielsku-Białej, a także studentka kierunku Mediacja Sztuki Współczesnej na Akademii Sztuk Pięknych we Wrocławiu; kolekcjonerka, podróżniczka, mama trójki dzieci. Przez 20 lat pracowała w sektorze finansowym, zajmując się inwestycjami w ramach private bankingu oraz finansowaniem projektów dla klientów korporacyjnych. Przez ponad 10 lat, jako dyrektorka Centrum Finansowego jednego z banków komercyjnych aktywnie promowała sztukę poprzez wsparcie finansowe organizacji wystaw, sponsoring wydarzeń artystycznych czy patronaty nad konkursami organizowanymi dla artystów przez muzea i galerie. W 2012 roku zadebiutowała na rynku literackim powieścią „Toksyna”. W 2011 roku dołączyła do prowadzonego przez jej męża od 2003 roku studia projektowego, które to w 2015 roku zostało przekształcone w spółkę i nosi nazwę Insediamento. Kontakt: www.insediamento.pl

fot. (góra) James Castle, Untitled (Attic Scene with Abstracted Figures and Clothes), źródło: Christie’s

Rynekisztuka.pl,

szukaj wpisów które mogą Cię jeszcze zainteresować:

2 komentarzy do “Felieton: W czym tkwi istota pracy art konsultanta?”

  1. dorota

    uwielbiam takie pierdololo 😀 sztuka ma być dla oka a dla mózgu jest filozofia. obraz powinien mieć klimat charakter, to coś w sobie…dopisujecie sobie jakies teorie z nudów

    1. paweł

      Kiedy czyta się takie komentarze, człowiek ubolewa nad ignorancją rodaków ale też utwierdza się w przekonaniu, że sztuka powinna pozostać elitarna.

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Magazyn

Magazyn

Nowość - Magazyn portalu RynekiSztuka.pl

Pobierz Magazyn Pobierz Raport 2017
MENU: