szukaj w portalu Rynek i Sztuka MENU:
Allegro 1

Alternatywna rzeczywistość w twórczości Justyny Pennards-Sycz

15.03.2013

Wywiady

Punktem wyjścia w pracach Justyny Pennards-Sycz jest zawsze otaczający nas świat: niecodzienny, nierealny, magiczny. Wielkoformatowe, abstrakcyjne płótna, wykonywane przez artystkę, mają na celu stworzenie iluzji głębi, dwuwymiarowości, bez uciekania się do tradycyjnych środków artystycznych. Nie tylko obraz jest tu istotny, ale również sposób, w jaki powstaje.

Dlaczego wybrała Pani sztukę? Czy w Pani rodzinie tradycja artystyczna była zakorzeniona?

W naszej rodzinie, co prawda, istnieje tradycja artystyczna, ale właśnie ten fakt skłonił mnie raczej do wybrania innego kierunku studiów. Mój ojciec zaczął się zajmować sztuką dosyć późno, ale tak intensywnie, że rzucił nawet pracę jako fizyk na Politechnice Śląskiej, aby zająć się tylko i wyłącznie malarstwem. Moja siostra ukończyła ASP w Holandii i zawsze była dla mnie nieosiągalnym wzorem świetnego malarstwa portretowego. W takiej atmosferze raczej wolałam wybrać coś innego, odrębnego. Bardzo interesował mnie świat, wybrałam więc ekonomię, jako mechanizm który nim poniekąd rządzi. Lecz już podczas studiów wróciłam do malowania, a po studiach, gdy przez rok mieszkałam w południowej Francji, właściwie nie było już odwrotu. To brzmi strasznie stereotypowo, ale światło i kolory południa nie dały mi spokoju. Tam właśnie pierwszy raz zabrałam się do malarstwa na większą skalę, na płótnie, w większym formacie. I już mi było wszystko jedno, czy ktoś mnie będzie porównywał z artystami w rodzinie czy nie.

Co kształtowało Panią jako artystkę? Jakie były i są Pani inspiracje, zainteresowania i pasje?

Jak już wspomniałam, inspiruje mnie bardzo światło, szczególnie to śródziemnomorskie, ciepła żółć. Interesuje mnie sposób w jaki odbija się od przedmiotów i formuje świat. Światło jest ciągle obecne w moich obrazach, nawet jeżeli na pierwszy rzut oka wcale go tam nie ma Myślę, że pobyt we Francji bardzo mi pomógł odkryć pasję do malarstwa.

Inspiruje mnie Japonia jako kraj bardzo odrębny ze specyficzną estetyką i dizajnem. Język japoński jest tajemniczy i trudny. Dziwna, specyficzna i w jakiś sposób bardzo dynamiczna mieszanka, która mnie fascynuje. Właśnie dlatego też mój ostatni cykl obrazów poświęciłam Japonii, a raczej katastrofie tsunami.

Interesują mnie również oceany, jako odrębne światy: niezbadane stwory morskie, głębiny, w których może się coś czaić. Uwielbiam pływać, robię to powoli, mało elegancko, ale z wielką przyjemnością. W morzu ponosi mnie wyobraźnia.

Jeżeli szukać tutaj wspólnych mianowników to można chyba powiedzieć, że inspiruje mnie wszystko, co nieznane, tajemnicze, niezrozumiałe. Noc, morze, dalekie krainy, do których niekoniecznie chce pojechać, bo czar pryśnie…

A tak poza tym, to bardzo lubię podróże, architekturę, literaturę. Będąc malarzem trudno się odprężyć, wszystkie bodźce i impulsy zawsze przekładają się na inspiracje, plany, stresy artystyczne. Zainteresowania mieszają się więc z moją twórczością.

Przyglądając się Pani realizacjom odnosi się wrażenie, że są one przesiąknięte ogromną dawką pozytywnej energii. Jakie czynniki miały wpływ na kształtowanie Pani postawy artystycznej?

Wydaje mi się, że nie można rozdzielić postawy artystycznej od codziennego życia. Rzeczywiście, jestem optymistką. Może dlatego, że nasze codzienne problemy, które czasem bardzo mnie denerwują, są w skali kosmosu bardzo ważkie. Nawet jeżeli jutro całkowicie zniszczymy naszą planetę, to takich prawdopodobnie są jeszcze miliony. Więc po co się martwić? Mam nadzieję, że właśnie trochę mej własnej energii życiowej udaje mi się przelać na płótno. Gdy maluję, mam zawsze świetny humor – może to właśnie widać.

 Jaki typ sztuki stanowi dla Pani inspirację, czy może lepiej – wpływa na Panią? Skąd czerpie Pani inspirację? Czy istnieją twórcy, którzy w sposób szczególny są Pani bliscy?

Olśniło mnie wprost, gdy po raz pierwszy zobaczyłam twórczość Fiony Rae. Moją pierwszą myślą było: „To wolno tak sobie ot malować i się wisi tutaj, w tej galerii?”. Kompletny szok: kolory, jakieś misie, jelonki, odjazdowe tytuły, ni przypiął ni przyłatał, a jednocześnie kompozycja i struktura. Można powiedzieć, że naprawdę odegrała bardzo dużą rolę w mojej twórczości, ponieważ w jakiś sposób pozwoliła mi powrócić do stylu, na jaki miałam ochotę. Stylu, którym „nie wypadało” malować na akademii.

Bardzo sobie cenię też Daniela Richtera, Davida Hockneya. Ta energia, nonszalanckie podejście do warsztatu malarskiego. Obaj potrafią malować bardzo realistycznie, ale nie o to im chodzi. No i oczywiście paleta kolorów. Lubię też Takashi Murakami, chociaż to już z malarstwem chyba ma mało wspólnego. To już raczej fabryka.

Moim idolem jest też On Kawara, który codziennie maluje odręcznie datę danego dnia. Jaka piękna metafora przemijającego czasu. Patrząc na te daty bardzo trudno sobie przypomnieć, co się tego dnia robiło. Kawara szokuje nas tak prostym dziełem. Genialne. I ta konsekwencja w realizacji – tego mu zazdroszczę – każdego dnia zdyscyplinowanie robi to, co sobie postanowił. Chociaż tak w głębi ducha podejrzewam, że też już od dawna ma asystenta, a w międzyczasie leży gdzieś na plaży.

 Co wobec tego stanowi esencję Pani sztuki? Jakie myśli i przekazy ukrywa Pani w swoich pracach?

Trudne pytanie. W ostatnim cyklu Tsunami myślą przewodnią było piękno ukryte w katastrofie. Kolory wschodzącego słońca odbijające się w dachach tonących samochodów. Poczucie strachu oblane lukrem. W moich pracach każdy może się doszukać czegoś, mieć własne skojarzenia. Na pograniczu abstrakcji właśnie próbuję pozbyć się wszelkich myśli przewodnich i raczej zaskoczyć widza jakimś detalem, który można zobaczyć, gdy się dłużej patrzy. Dlaczego w pracach z cyklu „Ocean” można doszukiwać się żyraf? Nie wiadomo. Pragnę stworzyć coś, z czym długo można obcować i nadal odkrywać nowe aspekty – obraz, który nie jest nudny, nawet dla mnie samej.

A jak przebiega sam proces realizacji dzieła?

Zarówno prace bardziej realistyczne jak i abstrakcyjne, powstają na podstawie kompozycji ze zdjęć. Na samym początku procesu jest zawsze pomysł i temat, lecz w jego trakcie reaguję na to, co się dzieje podczas malowania. Czasami kompozycja końcowa odbiega od pierwotnego pomysłu, ale zdarza się to coraz rzadziej. Z doświadczenia wiem, że „poprawianie” i przerabianie obrazu raczej rzadko wychodzi mu na korzyść. Maluję bardzo szybko, nie znoszę wprost robienia szkiców na papierze. Szkic owszem, ale na płótnie, jako pierwsza warstwa obrazu. Sam czas malowania jest krótki, natomiast patrzę się na każdy obraz bardzo długo. Krokiem pierwszym jest wiec namalowanie pierwszej wersji w szybkim tempie. Potem biorę obraz do domu i tam się długo na niego patrzę. Zwracam uwagę na kolory o różnych porach dnia i różnych rodzajach oświetlenia. Czasem okazuje się, że obraz który wyglądał fantastycznie przy świetlówkach w pracowni, staje się wieczorem szarą plamą. W takich wypadkach oczywiście jednak go przerabiam. Ewentualnie dodaję elementy konieczne dla lepszej kompozycji. To patrzenie i „mieszkanie” razem z obrazem może trwać nawet miesiącami. A potem dodaję jedna kreseczkę i gotowe… A na parkiecie w mieszkaniu wszędzie widać plamy po tych spontanicznych natchnieniach

Co stanowi dla Pani czynnik inspirujący do działań artystycznych?

Nie było tak, że postanowiłam kiedyś „o, będę artystą plastykiem”. Wprost przeciwnie. Ale chęć malowania jest czymś bardzo silnym, niepokojem, który się czuje na co dzień. Tak jak sportowiec, który codziennie biega 15 km nie może przestać, bo się będzie źle czuł, tak samo ja jestem całkiem nie do wytrzymania, jak od czasu do czasu nie namaluje czegoś.

Niemalże zewsząd czerpię inspirację. Sposób w jaki płaszczyzny ścian w sypialni komponują się z sufitem, widok za oknem, zdjęcie w gazecie. Trudno przy takiej ilości pomysłów skoncentrować się na wybranym kierunku.

Dlaczego wybrała Pani kolor, żywą, witalną plamę barwną?

Kolor wywołuje mocny impuls, wibruje, „bije po oczach”. Jest też dużym wyzwaniem, ponieważ kompozycja z dużą ilością koloru wymaga wiedzy na jego temat: jak działa perspektywicznie, jak bardzo może być nasycony, jak się optycznie miesza z kolorem obok itd. Jest to wiec jednocześnie ciekawym równaniem z dużą ilością niewiadomych, jak i możliwością rzucenia się w oczy, przekazania energii.

Jaka myśl przyświeca Pani przy tworzeniu? Co chce Pani przekazać?

Chcę głównie przekazać pewien rodzaj wibracji, spowodować silne wrażenie optyczne i merytoryczne. Ale też stworzyć ciekawy przedmiot, z którym można obcować nie nudząc się nim.

 Jakie są Pani plany na przyszłość?

Mam nadzieję, że znajdę czas, aby się dalej rozwinąć jako malarka. Chcę jeszcze wiele rzeczy odkryć, doznać, zbadać. Moim wzorem pod tym względem jest Louise Bourgeois, która do swojej śmierci w wieku 99 lat w Nowym Jorku jeszcze pracowała, spotykała się z młodymi artystami, nieźle dawała w kość swemu asystentowi. Nie chciałabym jednak umrzeć w tak młodym wieku…

 

Justyna Pennards Sycz1

Biogram

Justyna Pennards-Sycz, absolwentka Akademii Sztuk Pięknych w Utrechcie w Holandii. Zanim skoncentrowała się na sztuce, ukończyła w Niemczech studia ekonomiczne i pracowała jako manager projektu a następnie specjalista ds. komunikacji wewnętrznej w międzynarodowych korporacjach w Warszawie, Kolonii i Frankfurcie. Po emigracji do Holandii, kraju Rembrandta i van Gogha, postanowiła poświęcić się całkowicie swojej prawdziwej pasji i studiować sztuki piękne. Obecnie mieszka i pracuje w Amersfoort w Holandii.

Profil artystki dostępny jest w katalogu Rynku i Sztuki

Rozmawiała Anna Niemczycka-Gottfried

portal_rynekisztuka_portal

szukaj wpisów które mogą Cię jeszcze zainteresować:

Jeden komentarz do “Alternatywna rzeczywistość w twórczości Justyny Pennards-Sycz”

  1. gosc

    kto pisze te teksty… literówka na literówce…

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Magazyn

Magazyn

Nowość - Magazyn portalu RynekiSztuka.pl

Pobierz Magazyn Pobierz Raport 2017
MENU: