szukaj w portalu Rynek i Sztuka MENU
KURSY ONLINE DUŻY

Wiele tajemnic do odkrycia – wywiad z kolekcjonerem Jackiem Łozowskim

13.05.2021

Wywiady

Kolekcja sztuki Grażyny i Jacka Łozowskich należy do jednych z najznamienitszych prywatnych zbiorów sztuki w Polsce. I choć samo kolekcjonowanie jest już dużym wyzwaniem, to Państwo Łozowscy nie ograniczają się wyłącznie do zakupu obrazu i powieszenia go na ścianie. O organizacji wystaw, polskiej abstrakcji, kolekcjonerskich odkryciach i o tym, czym malarstwo geometryczne broni się w dzisiejszych czasach z Jackiem Łozowskim rozmawia Adam Radtke.

O trudnej roli kolekcjonera-animatora abstrakcji geometrycznej

wiele tajemnic do odkrycia

Tadeusz Kantor, Las Vegas, 1957. Reprodukcje fotograficzną wykonał Tomasz Gąsior. Z kolekcji Grażyny i Jacka Łozowskich

Adam Radtke: Arcydzieła malarstwa polskiego przełomu XIX i XX wieku, później Wyobraźnia i rygor. Polska sztuka współczesna – obie w Muzeum Miejskim Wrocławia. Ogromna wystawa Abstrakcja.PL w Muzeum Sztuki Współczesnej w Ołomuńcu. Ekspozycje w Państwowej Galerii Sztuki w Sopocie, gdzie można było obejrzeć obiekty sztuki przedwojennej na wystawie Żywioły i Maski. Łącznie daje nam to pokaźną ilość, biorąc pod uwagę, że nie są Państwo instytucją kulturalną, a zawodowo zajmują się czymś zupełnie innym. W jakim stopniu taka działalność jest dla Pana obciążeniem?

Jest to zawsze dla mnie pewien kłopot. Po pierwsze dlatego, że wystawy zbiorowe, które najczęściej obejmują dużą ilość pozycji trzeba wyselekcjonować, wyciągnąć, zadbać o formalności związane z transportem oraz wycenić. W przypadku bardzo dobrej organizacji i współpracy z instytucją, która podejmuje się ekspozycji naszych zbiorów, to wymaga ode mnie poświęcenia 2 lub 3 dni. Przy mniejszych użyczeniach – na przykład, gdy wypożyczałem obraz do Muzeum Śląskiego na wystawę poświęconą École de Paris – zajęło mi to cały dzień. Za każdym razem jest to wyzwaniem. Nie mniej – ja to lubię. Lubię się chwalić, dzielić sztuką i przyjemnością z obcowania z nią.

Większym obciążeniem są natomiast obawy czy coś nie zostanie uszkodzone. Najlepiej dla dzieła sztuki jest, gdy leży na magazynie lub wisi na ścianie, gdzie nie jest co chwilę zdejmowane i wieszane ponownie. Każda z tych czynności jest pewnego rodzaju ryzykiem. I niestety zdarzają się uszkodzenia.

Skoro to zajmuje tyle czasu, a jednocześnie dochodzi zmartwienie o uszkodzenie to może Państwa kolekcja powinna się stać kolekcją instytucjonalną i znaleźć swoje stałe miejsce ekspozycji?

Być może tak. To wszystko zależy od tego, czy takie stosowne miejsce się znajdzie. Oczywiście wśród polskich kolekcjonerów są takie przypadki, nie jest to żadne novum. To pozwala na to, by pod jednym adresem na stałe jakąś część kolekcji pokazywać, choćby w systemie rotacyjnym. Natomiast nie widzę się, jako twórcy muzeum, jak to jest w przypadku muzeum Pana Marka Roeflera w Konstancinie.

Jeżeli chodzi o miejsce, to sama lokalizacja geograficzna ma mniejsze znaczenie, niż mogłoby się wydawać. Kilka lat temu z małżonką mieliśmy okazję być na Zamku w Sanoku, gdzie zorganizowano wystawę Zdzisława Beksińskiego i byliśmy zszokowani ilością zwiedzających. Nie sądziliśmy, że w średniej wielkości mieście, aby odwiedzić wystawę trzeba stanąć w kolejce. Tego życzyłby sobie nie jeden muzealnik w większej metropolii. 

Pozostaje jeszcze wybór dzieł, które na takiej ekspozycji miałby się znaleźć. Rola kolekcjonera a kuratora różni się w jakimś stopniu? 

W przypadku wystawy Wielość porządków dałem swobodę Bogusławowi Deptule, jej kuratorowi. Niewiele ingerowałem w wybór, a już zupełnie w sposób eksponowania obrazów na ścianie. Wyjątkiem było pojawienie się na wystawie dzieł paru artystów pochodzenia wrocławskiego – wynik mojej sugestii. I tak pojawili się tam twórcy nie pokazywane na wcześniejszej, wrocławskiej wystawie Wyobraźnia i rygor: Zdzisław Jurkiewicz czy Maria Michałowska. I oczywiście mój ulubiony Józef Hałas, pokazany w większej ilości. 

Mam także innych ulubionych artystów, ale gdybym pokazał cały przegląd obrazów wspomnianego już Hałasa i zestawił go po drugiej stronie z dziełami Gieragi, to nie wiem, czy wszystkim by się to podobało. 

wiele tajemnic do odkrycia

Widok wystawy Wielkość porządków w PGS w Sopocie; Hanna Krzetuska, PA 1070, 1970; Józef Hałas, Przeciwstawienie, 1970 z kolekcji Grażyny i Jacka Łozowskich

Inną koncepcją, podejściem do wystawy kolekcji była Abstrakcja.PL w Muzeum Sztuki Współczesnej w Ołomuńcu. W tym czasie dobieraliście Państwo obrazy według jakiegoś programu czy swoje ulubione? 

Wystawie Abstrakcja.PL przyświecała idea zupełnie inna: by stworzyć bardzo porządną monografię polskiej abstrakcji powojennej. Nie chodziło o wyselekcjonowanie moich ulubionych artystów. Dyrekcja Muzeum Sztuki Współczesnej w Ołomuńcu oraz Pani Beata Gawrońska-Oramus chcieli pokazać cały krajobraz tego wycinka polskiej historii sztuki. Na to spectrum nie mogły się składać wyłącznie prace artystów, które znajdują się w naszym posiadaniu. Stąd kolejny pomysł, by połączyć dwie prywatne kolekcje, a to i tak nie dało pełnego obrazu tej sztuki. Kuratorka uznała, że należy uzupełnić ekspozycję o obiekty z innych zbiorów, chociażby o rysunki Strzemińskiego i o Opałkę, których ani ja ani pan Król nie posiadamy. 

W przypadku Abstrakcja.PL trzeba zwrócić uwagę na jeszcze inną kwestię. Otóż  katalog jest kompletny, a na wystawie pokazano tylko tyle prac, ile mogło się na niej zmieścić. I tak na przykład obrazy Michała Misiaka czy Tadeusza Gustawa Wiktora, które powinny być zestawiane w parze, z uwagi na ograniczoną ilość miejsca zdecydowano się rozdzielić. Są to wybory dosyć trudne, ale być może lepiej pokazać jeden przykład twórczości, niż nie pokazywać jej wcale. Na szczęście publikacje żyją dłużej niż wystawy, wspomnienie których zaciera się o wiele szybciej. 

Zresztą katalog z wystawy Abstrakcja.PL szybko stał się pozycją bardzo pożądaną i rozszedł się w krótkim czasie wśród specjalistów i zainteresowanych abstrakcją w malarstwie.

A czy prezentowanie sztuki polskiej poza granicami kraju towarzyszy przeświadczenie o tym, że jest co pokazać? Czy polskie malarstwo abstrakcyjne ma w sobie coś unikatowego? 

Nie potrafię tego tak ocenić. Gdy rozmawiałem z profesorem Andrzejem Nakovem, zwracał on uwagę na pewnych charakterystycznych artystów dla nas, dla polskiej sztuki. 

Generalnie uważa się, że właściwie w czasie powojennym, najlepsze dla twórczości były lata 60-te. Wówczas, mimo funkcjonowania za żelazną kurtyną, dość autonomicznie rozwijali się u nas artyści, którzy dochodzili do bardzo wysokich osiągnięć na tym polu. Takiego zdania jest właśnie prof. Nakov, dla którego wyjątkowymi twórcami są Jerzy Tchórzewski i Alfred Lenica. Ten sam pogląd wyraża dr Bożena Kowalska – ona z kolei za artystę wyprzedzającego swój czas uważa Kajetana Sosnowskiego. Wspomnianego Lenicę zresztą też. 

wiele tajemnic do odkrycia

Józef Hałas, Przeciwstawienie, 1970. Z kolekcji Grażyny i Jacka Łozowskich

Wielu do geniuszy abstrakcji zalicza Romana Opałkę, którego ja specjalnie nie cenię. Dla mnie artysta musi być ciągle twórczy, musi być wiecznym wynalazcą. Nie czuję za bardzo wielkości realizacji jednej koncepcji – w jego przypadku pomysłu na pomiar czasu i przemijanie. Świat jednak go docenił. Osobną historią był Władysław Strzemiński ze swoją teorią widzenia, ze swoimi powidokami. To było nowatorskie w skali światowej.

A co z często wspominanym – zresztą również przez Pana – Wacławem Szpakowskim?

Wacław Szpakowski był dla mnie największym odkryciem ostatnich lat. Już wcześniej miałem świadomość istnienia tego artysty, który tworzył swoje meandry od końca lat 20. aż do końca swojego życia – czyli lat 60. – którego dożył tu, we Wrocławiu. Nie znalazłem go jednak w tutejszym Muzeum Narodowym. Wiedziałem, że chyba dwa jego rysunki są w Muzeum Sztuki w Łodzi. To jest szokująca twórczość. Twórczość, która tak naprawdę ma niewiele wspólnego z malarstwem. Ten architekt z wykształcenia tworzył de facto sztukę rysunkową, której narzucił pewne określony rygory z całą głębią psychologiczną, z muzycznością i rytmiką, a nawet z pewnymi aspektami metafizycznymi. Jestem przekonany, że Szpakowski będzie jednym z tych twórców polskich, którzy ostatecznie będą przedstawiani w annałach sztuki światowej jako wyjątkowe zjawisko.

Zostawmy więc tę wyjątkową przeszłość za sobą i spójrzmy na przyszłe losy abstrakcji geometrycznej. Aktualne tendencje skłaniają się ku sztuce przedstawieniowej, a część krytyków młodego pokolenia nieprzychylnie wypowiada się o tym kierunku lub podchodzi do niego nonszalancko. Czy abstrakcja geometryczna jest passé?

W moim mniemaniu tak stawiana teza, to kompletna bzdura. To tak jakby powiedzieć, że matematyka jest passé, bo właściwie większość rzeczy zostało już wymyślonych. Tymczasem mamy w sobie tyle pokory by wiedzieć, że jest inaczej. Oczywiście, można wskazać w abstrakcji geometrycznej pewne koncepcje, które mogły już się wyczerpać, chociażby odwrócone przestrzenie Wojciecha Fangora w jego kołach czy falach. Uzyskał on w nich jakąś biegłość techniczną i już na tamten czas, ta sztuka – może bardziej op-artowska, niż geometryczna – cieszyła się zainteresowaniem. Obecnie są malarze, którzy potrafią podobne rzeczy wykonywać, powielając niejako ten temat. 

Pani Bożena Kowalska od 30 lat organizuje plenery, na które przyjeżdża około 40 twórców i każdy z nich ma inne widzenie abstrakcji geometrycznej, każdy do czegoś innego dąży. Absolutnie nie uważam, żeby abstrakcja geometryczna była przebrzmiała. Wręcz przeciwnie. We współczesnym świecie to właśnie ona ma szansę na rozwój. Dziś ludzie żyją w świecie zmatematyzowanym i chcieliby, żeby ta matematyczność miała odzwierciedlenie w sztuce, widzą w tym jakąś wartość. Ponieważ abstrakcja geometryczna niesie w sobie tyle aspektów, także duchowych, nie jest łatwa ani w procesie twórczym, ani w odbiorze. I właśnie dlatego wierzę, że kryje w sobie jeszcze wiele tajemnic.

wiele tajemnic do odkrycia

Aleksander Kobzdej, Chexbres III (Szczelina czerwona), 1968, ceramika/płótno, 109×74,8 cm. Reprodukcję fotograficzną wykonał Tomasz Gąsior.

Pewnie będziemy z zaciekawieniem obserwować przyszłość malarstwa. Co natomiast brakuje Panu, jakiego obiektu w kolekcji?

Nieosiągniętym wciąż celem poszukiwań jest porządny Strzemiński. Raz miałem możliwość zakupienia pracy tego autora, niestety nie miałem wtedy pieniędzy. Żałuję tego do dzisiejszego dnia. Może trzeba było się wtedy zapożyczyć i dokonać transakcji? 

Myślę, że każdy kolekcjoner ma jakieś cele do osiągnięcia. Często są to zresztą jakieś odkrycia, niekoniecznie trzeba się skupiać tylko na znanych nazwiskach. Na przykład twórcy wrocławscy są stosunkowo mało znani i wymagają wypromowania. Jak na przykład wspomniany już przez nas Szpakowski, który – oprócz Strzemińskiego – był jedynym artystą z Polski wśród największych tego świata na wystawie o prekursorach abstrakcji w Museum of Modern Art w Nowym Jorku. 

O! Z twórczości artystów wrocławskich marzę jeszcze o reliefach szklanych Jerzego Rosołowicza, czyli Neutronikonach. Jeszcze nie udało mi się ich znaleźć, a poszukiwania wciąż trwają i trwają. Ale ja wierzę w szczęście! Jak coś jest mi pisane, to i tak do mnie trafi. 

fot. góra: Widok wystawy Abstrakcja.PL, Muzeum Sztuki w Ołomuńcu, Czechy, 2018, fot. Sodoma Zdenek

ARTYKUŁ POCHODZI Z NUMERU 4 MAGAZYNU RIS

szukaj wpisów które mogą Cię jeszcze zainteresować:

Rynek i Sztuka - logotyp

Dodaj komentarz:

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Magazyn

Magazyn

Czytaj najnowszy numer Magazynu RiSZ online.

Kup magazyn Zobacz inne nasze publikacje

Zapisz się do naszego newslettera

Zapisując się na newsletter zgadzasz się z regulaminem portalu rynekisztuka.pl Administratorem danych osobowych jest Media&Work Agencja Komunikacji Medialnej (ul. Buforowa 4e, p. 1, p-2-5, 52-131 Wrocław). Podanie danych jest dobrowolne. Zgoda na otrzymywanie informacji handlowych może zostać wycofana w każdym czasie. Więcej informacji na temat danych osobowych znajduje się w Polityce prywatności.