szukaj w portalu Rynek i Sztuka MENU
KURSY ONLINE DUŻY

Japończyk w Warszawie: rozmowa z Koji Kamoji

08.07.2021

Wywiady

„Moja praca podobna jest w formie do pracy urbanistycznej.
Ważne też są dla mnie rozstaw, ciężar, faktura i tło powierzchni
– tylko cel jest dla mnie odwrotny niż w urbanistyce.
Nie chodzi mi o budowanie czegoś nowego,
lecz odnalezienie i utrwalenie rzeczy, o których zapominamy i świata,
od którego się oddalamy.
Chciałbym znaleźć taką formę, aby uzyskać ich obecność”.

                                                                            Koji Kamoji 1967 rok, Warszawa

Twoja rodzina od lat związana jest bardzo silnie z Polską. Starszy brat Twojej matki Wuj Ryochu Umeda był wybitnym znawcą, tłumaczem i popularyzatorem polskiej literatury, oraz pierwszym lektorem języka japońskiego na Uniwersytecie Warszawskim, Stryj Yukio Kudo, będący drugim mężem Hisayo Umedy, wdowy po Ryochu Umedzie – to postać szalenie zasłużona, wręcz legendarna, dzięki jego tłumaczeniom do Japonii trafiły przekłady książek Bruno Schulza, Stanisława Ignacego Witkiewicza, Isaaca B. Singera, Witolda Gombrowicza, przełożył także polski epos narodowy – Pana Tadeusza Adama Mickiewicza, był autorem wielu książek na temat Polski, publicystą, eseistą, poetą. Prof. Yukio Kudo ma także nieocenione zasługi dla rozwoju niezależnego ruchu wydawniczego w Polsce w czasach poprzedniego ustroju. Czy właśnie przez te związki i miłość, którą obdarzyli Polskę, wybrałeś Polskę? 

Tak, mój Wujek Umeda, starszy brat mojej matki, miał na mnie bardzo znaczący wpływ, szczególnie podczas okresu dorastania, wtedy nie miał jeszcze swoich dzieci, miał już ponad 60. lat, ja chodziłem do liceum, chciał mnie adoptować, ale moja matka nie zgodziła się na to. Pomimo tego  bardzo się zaprzyjaźniliśmy. Był dla mnie wielkim autorytetem. I tak jak wspomniałem, byłem młodym człowiekiem, któremu kształtował się światopogląd, i jego wpływ na mnie był bardzo silny. Bardzo często go odwiedzałem, spędzając z nim dużo czasu, wiele rozmawialiśmy. To on zorganizował pierwszą wystawę moich prac. Był  profesorem – wykładowcą na uniwersytetach w Osace i w Kioto. 

Latem w czasie wakacji pojechałem do niego do Kioto i malowałem tam obrazy. Wuj zaprosił swoich kolegów – innych profesorów z uczelni, sam zrobił dla mnie plakat zapraszający na wystawę w języku angielskim. To była moja pierwsza własna wystawa. Kupił ode mnie kilka prac, ale za nie nie zapłacił /śmiech/. Później od jego żony dostałem w prezencie kasetę z farbami i to był początek. Początek poważnego malowania.

Dlaczego zacząłeś malować?

Pamiętam kilka swoich pierwszych obrazów, chodziłem do czwartej klasy szkoły podstawowej, było to w czasie wojny. Mieszkaliśmy na wsi nad Morzem Japońskim,  często malowałem na papierze i po prostu bardzo lubiłem to robić.

Skąd zainteresowanie w Waszej rodzinie nie tylko polską literaturą, ale w ogóle Polską i wynikająca z tego chęć zamieszkania tu?

Ojciec mojej Matki i Wujka, czyli mój Dziadek był prawnikiem, pracował dla dużego koncernu Mitsui, został zamieszany w jakąś niejasną sprawę, która doprowadziła go do bankructwa. Przez to co się wydarzyło każde jego dziecko zostało wychowane w innej rodzinie. Wujek Ryochu Umeda został wychowany w świątyni, tam studiował filozofię buddyjską, był człowiekiem renesansu, był nie tylko mnichem i doktorem filozofii, interesował się sztuką – grał na skrzypcach, potem chciał kontynuować naukę studiując filozofię europejską i bodajże w  1921 roku, będąc na I lub II roku studiów wybrał się do Berlina. Tym samym statkiem z Dalekiego Wschodu wracali polscy oficerowie, a wśród nich Stanisław Michowski – polski lotnik, z którym wuj bardzo się zaprzyjaźnił. 

Koji Kamoji Wywiad

Zdjęcia z archiwum prywatnego Koji Kamoji.
Wywiad publikowany w czasopiśmie „Nowaja Polsza”.

Wiele lat później, podczas wernisażu mojej wystawy w Poznaniu, spotkałem Agatę Michowską – polska artystkę,  jego wnuczkę.  Wuj, po roku spędzonym w Berlinie, przyjechał do Polski. Spędził w Warszawie wiele lat zawierając bliskie przyjaźnie. I mój Wuj i Stanisław Michowski, tak jak wspominałem, bardzo się zaprzyjaźnili, wuj zawierał wiele przyjaźni, ale ta ze Stanisławem Michowskim była wyjątkowa,  prawdopodobnie z tego powodu Wuj tuż przed śmiercią w 1962 roku przyjął chrzest i imię Stanisław, na drugie imię. Wuj obracał się w artystycznym środowisku, i tak jak wspominałem był człowiekiem o wielu talentach, nie tylko zajmował się tłumaczeniem polskiej literatury, w jego domu bywali znani poeci i pisarze, m.in. Konstanty Ildefons Gałczyński. Należał do przedwojennej warszawskiej bohemy. Był  tłumaczem, popularyzatorem i miłośnikiem polskiej literatury. Kiedy wybuchłą wojna w 1939 roku był chory i  Ambasada Japonii ewakuował go na Bałkany. Spędził tam całą II wojnę światową. Potem przez Rosję wrócił do Japonii. Później już po wojnie nie było już mowy o powrocie do Polski, ale utrzymywał bliskie i częste listowane kontakty z przyjaciółmi z Polski, dzięki jego miłości i spełniając jego wolę do Polski trafił w 1963 roku jego syn Yoshiho Umeda   i kilka lat wcześniej ja.

Przyjechałeś do Polski w 1959 roku, mając 24 lata, po tych przeszło 50 latach czujesz się bardziej Polakiem czy Japończykiem?

Trudno to już teraz podzielić, jeśli chodzi o pracę to na pewno moje korzenie sięgają do japońskiej sztuki i tradycji, w tym sensie jestem bardziej japoński. Poza tym myślę, że człowiek jak się starzeje, z biegiem czasu zaczyna wracać do swoich korzeni, ale w życiu codziennym, nie czuję, że jestem tu obcy, wśród kolegów i przyjaciół. Jeśli chodzi o kuchnię lubię obie. Przyjeżdżając do Polski, miałem 24 lata, nie odczuwałem specjalnie jakiś braków, jak człowiek jest młody łatwo jest mu się przystosować, poza tym byłem skoncentrowany na tym co chciałem robić.

Koji w swojej twórczości często odwołujesz się do zabaw i wspomnień z dzieciństwa, jakie ono było?

Myślę, że dzieciństwo każdego człowieka jest magiczne na swój sposób i jedyne, moje nie było szczególne, ale myślę, że dziecko ma przeżycia bardzo silne i niepowtarzalne. Wszystko jest pierwszy raz i jest intensywne. W moim przypadku dzieciństwo upływało w czasie wojny, głodu, i ewakuacji. Było trudne, ale wracając do tych wspomnień po latach to już nie jest takie przykre, wspomina się to z zaciekawieniem. Pamiętam, że ciągle byliśmy głodni, musieliśmy sami szukać jedzenia. Ale pamiętam także, że nieraz czułem się trochę wyobcowany i w szkole podstawowej i w liceum. Kiedy zacząłem studiować na Akademii Sztuk Pięknych w Japonii „Musashino” w Tokio (dyplom w 1958 roku) i potem w Warszawie (dyplom w 1966 roku) w pracowni profesora Artura Nachta -Samborskiego wreszcie poczułem, że jestem u siebie, znalazłem się w swoim świecie. I w świecie podobnych ludzi. Malowanie mnie fascynowało.

Da się żyć ze sztuki?

Trudno było utrzymać z tego rodzinę. Będąc na studiach miałem już trójkę dzieci: syna Koichiro i dwie córki Monikę i Beatę. Dostałem stypendium z ówczesnego Ministerstwa Kultury i Sztuki (obecne Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego) ale ono było oczywiście nie wystarczające do utrzymania pięcioosobowej rodziny, więc zacząłem pracować wykorzystując swoje umiejętności językowe jako tłumacz w polskiej filii firmy Mitsui, tej w której kiedyś pracował mój dziadek prawnik. Jako tłumacz w Mitsui przepracowałem kilkanaście lat.  Co roku jeździłem na Międzynarodowe Targi Poznańskie, prowadziłem rozmowy handlowe, sprzedawałem różne rzeczy, to pozwalało mi utrzymywać rodzinę. Kiedy w Polsce wybuchł stan wojenny handel pomiędzy Polską a Japonią zmniejszył się, więc zacząłem już tylko przychodzić do biura, przychodziłem do niego codziennie, ale nie było dla mnie pracy, więc czułem się nie swojo, miałem swoje biurko, ale przedtem pracowałem dużo wyjeżdżając – sprzedając obrabiarki, produkty lotnicze, chemie, ale to się skończyło i codziennie siedziałem przy biurku, nie mając nic do roboty. Przez cały ten czas pracując w Mitsui równolegle malowałem,  przychodziłem do domu zrzucałem marynarkę, krawat i  czarne, eleganckie buty, których nie znosiłem i malowałem. Było to dla mnie zachowanie równowagi. Spędziłem przy tym biurku w Mitsui jakiś czas ale czułem, że nie potrafię bezczynnie siedzieć wiec po jakimś czasie sam zrezygnowałem z pracy, chociaż cały czas wypłacano mi wynagrodzenie.  Źle się z tym czułem biorąc pieniądze za pracę której nie mogłem wykonać, bo jej dla mnie nie było. Wtedy z powodu sytuacji – stanu wojennego, który został  wprowadzony w Polsce zaczęło przyjeżdżać tu wielu dziennikarzy z zagranicy. Zacząłem pracować w gazecie japońskiej Asahi jako tłumacz. Pracowałem tam bardzo długo. W ten sposób zarabiałem na życie, mogłem i utrzymać rodzinę i malować przez cały czas, a dla mnie tak jak mówiłem było to zachowanie równowagi, inaczej nie potrafił bym funkcjonować. Nigdy nie chciałem być bogaty, nie chciałem być dziennikarzem ani biznesmenem, chciałem po prostu malować. Ale muszę dodać, że był to czas bardzo intensywny i bardzo trudny, mam na myśli początki mojego pobytu w Polsce.  To nie tylko studia na warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych, założenie rodziny, trójka dzieci, to także śmierć mojej Żony. Ten okres to „Obrazy pruszkowskie”, czas kiedy mieszkaliśmy w Pruszkowie pod Warszawą, wiele zawdzięczam ludziom z tego miasta, ale nawet po upływie 50 lat tkwi we mnie pewna niechęć do tego okresu i nie umiem na niego patrzeć z dystansem. To okres bardzo trudny dla  mnie i moich dzieci. I czas, kiedy moją największą potrzebą było zachowanie, chociaż w pewnej mierze równowagi psychicznej i to dawała mi sztuka. Potrzebowałem tego, traciłem równowagę z powodu pracy w biurze, która była mi zupełnie obca psychicznie, pamiętam, że bardzo wstydziłem się przyznać, że maluje obrazy w domu, robiłem to po kryjomu, pracując za dnia wśród ludzi biznesu. Tak naprawdę zawsze malowałem głównie dla siebie, czasami coś sprzedawałem, ale rzadko, ostatnio trochę sprzedaję. Na tym trudno jest zbudować poczucie bezpieczeństwa i byt dla rodziny. Ja w ogóle nie traktuję sztuki jako obiektu do sprzedania, ewentualnie sam rezultat, którym jest obrazem. Trochę żal jest rozstawać się z obrazami, to nie jest produkt. Chociaż mój profesor w Japonii mawiał, że jak obraz jest dobrze zrobiony – skończony to ma swoje samodzielne życie, nie zależne od jego twórcy i nie trzeba się nim opiekować, wtedy w tym sensie może iść w świat. Jeśli obraz jest nie skończony trudno się z nim rozstać. Tam wisi obraz, który zacząłem malować w latach 60-tych i cały czas był w pracowni, wędrował ze mną, towarzyszył mi, czasami stał w magazynie, ciągle mi przeszkadzał, bo jest duży, stał tak przez 40 lat i i w pewnym momencie spojrzałem na niego innymi oczyma i w zasadzie nic nie zmieniłem, tylko odtworzyłem to czego brakowało, myślę, że teraz jest gotowy do pokazania, skończony.

Twoja twórczość jest nierozerwalnie związana z żywiołami – naturą i jej symboliką. Woda, powietrze, niebo, przestrzeń są najważniejszym elementami. Motywem, który często pojawia się metaforycznie jest woda. Co Cię w niej fascynuje?

W zasadzie sam nie wiem. Nie uświadamiałem tego sobie, że temat wody cały czas do mnie wraca, aż kilka lat temu Stefan Szydłowski zaproponował mi wystawę moich prac związanych z wodą, żeby to pokazać fotograficznie – wtedy sobie uświadomiłem że woda jest ciągle obecna. Dlaczego? To zainteresowanie wodą  to nie jest wymyślony przez mnie temat, to jest w mojej podświadomości. Tak jak natura. W sztuce japońskiej związek pomiędzy naturą a sztuką jest bardzo silny, jest to jedna z najbardziej charakterystycznych cech tego narodu. Każdy naród ma jakieś charakterystyczne cechy np. słownictwo. W Europie zaskoczyła mnie bardzo duża ilość słów określających gatunki mięsa: karkówka, gicz, boczek – jest tego masa, w Japonii nie tradycji hodowli zwierząt, więc  nie ma tylu określeń. To charakteryzuje dany kraj, natomiast w Japonii jest bardzo wiele słów, które są związane z naturą, jest bardzo wiele określeń rodzaju deszczu, przyrody, swoje określenie ma każda najmniejsza zmiana aury. Jest bardzo dużo takich niuansów, subtelnych zmian, na które jest wiele określeń.

Czy na Twoją twórczość ma wpływ ogród japoński?

Koji Kamoji Wywiad

Zdjęcia z archiwum prywatnego Koji Kamoji.
Wywiad publikowany w czasopiśmie „Nowaja Polsza”.

Tak, szczególnie ogród zenowski, bardzo lubiłem jeździć do Kioto i do Nara, interesował mnie okres średniowiecza japońskiego jakiś 11 wiek – 13 wiek, kiedy powstawały piękne japońskie ogrody. Fascynowało mnie to jak one powstawały i te zenowskie i buddyjskie myśli, które  towarzyszyły powstawaniu tych ogrodów. Wydaje mi się, że człowiek, żeby znaleźć w sobie spokój musi znaleźć swoje miejsce. Buddyzm jest poszukiwaniem – nie tylko religią i filozofią, to jest może mniej dogmatyczne, ale jest w tym dużo radości. Chociaż zależy oczywiście o jakim okresie mówimy.

W silny sposób wpływają na Ciebie, nie tylko własne trudne doświadczenia, jak dzieciństwo przypadające na czas wojny czy śmierć przyjaciela w Japonii S. Sasakiego, któremu poświęciłeś wiele prac. Kilkadziesiąt lat później poruszyła Cię samobójcza śmierć dwóch chłopców z Tokio, którzy razem skoczyli z czternastego piętra. Stworzyłeś także obraz pod wpływem historii pewnego staruszka, który po śmierci żony, aby spełnić jej życzenie, kupił jacht i przepłynął nim Ocean Spokojny. Ja w Twoich pracach odnajduję spójność, harmonię i niesamowity spokój. 

W mojej twórczości istotne miejsce zajmują prace, które powstały pod wpływem tragicznej śmierci mojego przyjaciela S. Sasakiego. W wieku 20 lat popełnił on samobójstwo. Pierwsza praca, którą stworzyłem pod wpływem śmierci Saskiego powstała w 1978 roku. Była to instalacja w Galerii Desa w Nowej Hucie pod Krakowem zatytułowana „Teren” . Potem powstał szereg obrazów. W pewnej mierze pragnąłem zrealizować marzenie Sasakiego w tych pracach. Marzenie którego nie mógł spełnić – chciał być artystą. To jego marzenie towarzyszyło mi cały czas – czułem jego obecność. Rzeczywiście przy tworzeniu niektórych prac korzystałem także z wiadomości zaczerpniętych z Internetu. Tak było w przypadku śmierci dwóch chłopców z Tokio powstał obraz „Śmierć chłopców” i historii staruszka, który po śmierci żony mając 80 lat sprzedał dom kupił jacht i wyruszył w podróż nim aby spełnić ostatnie życzenie nieżyjącej już żony – obraz „Osiemdziesięcioletni facet”.  Te historie mnie poruszyły i zarazem wzruszyły, pod ich wpływem powstały obrazy, ale myślę, że będąc buddystą potrafię patrzeć na to także trochę inaczej. Z dystansem.

Przez wiele lat przyjaźniłeś się z Henrykiem Stażewskim – najwybitniejszym przedstawicielem polskiej awangardy, jaki ta przyjaźń miała wpływ na Twoją twórczość?

Zaraz po studiach miałem wystawę w Galerii Foksal, Henryk Stażewski był jednym z jej założycieli. Tak się poznaliśmy, ja w ogóle w Polsce miałem takie szczęście, że poznałem wielu wybitnych artystów, Henryka  Stażewskiego, Jana Lenicę Zygmunta Krasińskiego i wielu, wielu innych. Moim profesorem na ASP był Artur Nacht – Samborski. Wracając do Stażewskiego najbardziej cenię, taką swobodę u niego, pogodność, brak dogmatyczności oraz ciepło do ludzi. Bardzo go lubiłem, chociaż była między nami duża różnica wielu około 40 lat, ja byłem tuż po studiach, on był już po 70-ce. Zapytałem pewnego go dnia na Nowym Świecie czy miał kiedyś problemy finansowe –  ja je wtedy miałem, on z uśmiechem odpowiedział mi – nadal mam. Potem miał wystawę retrospektywną w Zachęcie i zaczął trochę sprzedawać ale prowadził takie życie jak mnich. Miał metalowe, składane łóżko i do końca życia na nim spał, nie przejmował się materialnym światem, tak jak Edward Krasiński, razem mieszkali i obaj żyli jak mnisi buddyjscy. Ich sztuka była nie komercyjna. Stażewski wstawał codziennie rano i zaczynał malować o 6.00 – bardzo punktualnie, około 12.00 czekało na niego już kilka osób w kawiarni SARP-u. Miał zapisane swoje myśli na kartach, to były  krótkie teksty i kto chciał mógł je dostać – zapisane aforyzmy. Te kartki to był świetny pomysł – myśli są ulotne a jego były cenne  – były sformowane i zwięzłe jak jego obrazy.

W 1994  roku w Galerii Biblioteki w Legionowie, wykonałeś instalację „Haiku – Woda” – wykopałeś w budynku studnię, w podłodzie biblioteki była dziura… przez którą można było czerpać wodę.

Koji Kamoji Wywiad

Zdjęcia z archiwum prywatnego Koji Kamoji.
Wywiad publikowany w czasopiśmie „Nowaja Polsza”.

W Legionowie była Biblioteka Publiczna a jej dyrektorem był Stefan Szydłowski,  często pokazywał różne wystawy, organizował spotkania z filozofami, z muzykami, to był bardzo aktywny twórczo ośrodek, w który działy się ciekawe rzeczy. Pokazałem mu kiedyś projekt studni, spodobał mu się i powiedział  – zrób mi to. Wszystko robiliśmy potajemnie, kopaliśmy kilka tygodni w nocy w sobotę i niedzielę, kiedy  biblioteka była nieczynna, panował całkowita konspiracja, w końcu dokopaliśmy się do wody. Niektórzy mnie pytali skąd wiedziałem, że tam jest woda, wtedy myślałem, że woda jest wszędzie pod ziemią.  Powiesiłem arkusz blachy nad tą studnią i pojawiło się odbicie tej wody – jej duch. Technicznie było to trudne, ale udało mi się. Kiedy skończyliśmy wybuchła dyskusja na temat tej pracy i granic sztuki, czy można zrobić dziurę w podłodze biblioteki robiąc instalację. Dyskusja rozgorzała przede wszystkim w mediach, m. in. w telewizji, mój kolega stracił pracę przez tą dziurę, ale potem został wicedyrektorem Zamku Ujazdowskiego – Centrum Sztuki Współczesnej w Warszawie. Ja miałem pomysł ale to  Stefan zaryzykował, żeby to pokazać. Wracając jeszcze do samej wody, do której się odwołuje w moich pracach. Kiedy miałem trzy lata mój ojciec chciał zrobić remont domu, mieszkaliśmy w najstarszej dzielnicy Tokio, jego kolega powiedział mu, że jak chce zmienić ujęcie wody, to musi poradzić się kogoś, kto zna się na tym. I polecił mojemu ojcu człowieka, który do nas przyszedł, pamiętam staruszka z siwą brodą, który znał zasady sztuki Feng Shui, mającej na uwadze szczęście, wygodę oraz zdrowie mieszkańców domu.  Powiedział mojemu ojcu, że w domu w którym mieszkamy, żadne dziecko nie przeżyje dłużej niż do trzech lat.  Ponieważ moja siostra zmarła przed ukończeniem trzeciego roku życia, a ja już miałem prawie trzy lata, moi rodzice przestraszyli się,  że z powodu złego ujęcia wody coś może mi się stać.  Przeprowadziliśmy się więc i mieszkaliśmy dalej w obrębie Tokio przez kolejne 17 lat.  Potem znowu ten staruszek nam powiedział,  że trzeba zmienić miejsce, i czekała nas kolejna przeprowadzka, ale dzięki temu  kiedy całe Tokio było bombardowane i zginęło 100 tysięcy ludzi w samym Tokio, ta dzielnica gdzie mieszkaliśmy została ocalona, nas było sporo – duża jedenastoosobowa rodzina, dzieci, rodzice, dziadkowie i  adoptowana z dalszej rodziny dziewczyna. Poprzednie domy zniknęły z powierzchni ziemi, my dzięki tym przeprowadzkom przeżyliśmy.

Szukasz czegoś w sztuce Koji?

Może harmonii między mną a światem? Obraz jest rezultatem tych poszukiwań. Kolejne obrazy są jakby takimi przystankami w tej drodze.     

 

Rozmawiała Sylwia Krzemianowska

Rynek i Sztuka - logotyp

Zdjęcie góra: z archiwum prywatnego Koji Kamoji.
Wywiad publikowany w czasopiśmie „Nowaja Polsza”.

Koji Kamoji Wywiad

Koji Kamoji w swojej pracowni, Warszawa 2010 rok, fot. S. Krzemianowska

KOJI KAMOJI 

Jeden z najwybitniejszych twórców współczesnej awangardy. Malarz, twórca obiektów i instalacji. Urodził się w 1935 roku w Tokio. W latach 1953-58 studiował w Akademii Sztuk Pięknych Musashino w Tokio (dyplom w 1958 roku) w pracowni profesorów Saburo Aso i Choonan Yamaguchi. W 1959 roku przyjechał do Polski i podjął studia w Warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych  (dyplom w 1966 roku)  w pracowni prof. Artura Nacht-Samborskiego. Laureat Nagrody Krytyki im. C. K. Norwida (1975 r.). Od 1967 roku współpracuje z Galerią Foksal w Warszawie. Mieszka i pracuje w Warszawie.

 

szukaj wpisów które mogą Cię jeszcze zainteresować:

Rynek i Sztuka - logotyp

to cię powinno jeszcze zainteresować:

01.04.2015 / Na deser, Polska: wydarzenia

Dodaj komentarz:

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Magazyn

Magazyn

Czytaj najnowszy numer Magazynu RiSZ online.

Kup magazyn Zobacz inne nasze publikacje

Zapisz się do naszego newslettera

Zapisując się na newsletter zgadzasz się z regulaminem portalu rynekisztuka.pl Administratorem danych osobowych jest Media&Work Agencja Komunikacji Medialnej (ul. Buforowa 4e, p. 1, p-2-5, 52-131 Wrocław). Podanie danych jest dobrowolne. Zgoda na otrzymywanie informacji handlowych może zostać wycofana w każdym czasie. Więcej informacji na temat danych osobowych znajduje się w Polityce prywatności.